piątek, 26 czerwca 2009

Łącza na mokro.

Lato 2007

Krótka notka z krótkiej przejażdżki do Łączy.
Pogoda tym razem była deszczowa, chmurna i wilgotna.
Z Gliwic przez Brzezinkę i Bojszów do "Stanicy Mysliwskiej" w Łączy. Powrót do bólu (tyłka) standardowy przez Rachowice i Łany Wielkie.
Dystans około 45 kilometrów. Z atrakcji wycieczki należy wspomnieć dość osobliwy, jak na obecne czasy, pomnik w Brzezince.

Obelisk.
Tak! To zdjęcie zostało zrobione w czerwcu 2007 roku! W Brzezince koło Gliwic! W czasach gdy w sejmie powstaje ustawa nakazująca usunięcie symboli komunizmu z pomników, ulic ... i Bóg wie z czego!
Obelisk jest poświęcony żołnierzom radzieckim którzy zostali w tym miejscu pochowani w czasie II Wojny Światowej. Napis na płycie jednak nie wyjaśnia całkowicie okoliczności ich śmierci. Słowo "polegli" sugeruje że żołnierze ci zginęli w walce lecz nie jest to prawda bowiem ludzie ci zmarli z wycieńczenia, chorób i głodu w kozłowskim obozie jenieckim. Obóz w Kozłowie będący częścią Stalagu VIIIB Teschen zapewniał niewolniczą siłę roboczą przy budowie okolicznych dróg. W lesie między Kozłowem i Bojszowem, w okolicy zwanej Marsztella, w czasie wojny najprawdopodobniej mieściła się wytwórnia lub składnica amunicji. Do dziś można natknać się w lesie na bunkry, być może pamiątką tych czasów jest także nazwa drogi wiodącej przez ten teren - "Wojskowa".
Obelisk jest zlokalizowany jakieś kilkaset metrów od miejsca w którym był obóz, i choć nie zostało to nigdzie oficjalnie zapisane i potwierdzone to najpewniej stoi on na zbiorowej mogile 600 jeńców radzieckich. Być może to uratuje jego byt przed pomysłami zapowiadanej ustawy.
Pomnik w obecnym kształcie to zasługa mieszkańców Brzezinki, którzy własnym sumptem przed dwoma laty odrestaurowali obelisk i uporządkowali jego otoczenie.

czwartek, 25 czerwca 2009

Szpanweg.

Lato 2007

No i nadszedł weekend. Wypada gdzieś się wyrwać, choćby na rower, choćby w niedzielę. Ostatnie moje wyjazdy jakieś takie coraz krótsze, z tygodnia na tydzień dystans coraz mniejszy - czas to przełamać.
Wyjeżdżam z Gliwic przez Żernicę i Nieborowice do Wilczy. Chciałem ustrzelić zdjątko zabytkowemu kościółkowi ale ludzie i samochody wokół mnie odstręczyły. Światło w samo południe też nie jest najciekawsze.
Krótki odpoczynek cieniu drzew i jadę dalej do Ochojca. Przed Ochojcem wjeżdżam w lasy, za Ochojcem mam to co chyba najwspanialsze w dniu dzisiejszym: długi zjazd leśną drogą do Rud.
Z Rud wyjeżdżam klasycznie przez Brantołkę, mijam Świętą Magdalenkę nawet na nią nie patrząc - w ostatnim miesiącu byłem tu ze cztery razy.
Do Łączy dojeżdżam drogą zwaną Szpanweg. Wiedzie ona częściowo przez pożarzyska, pokonuje łagodne wzniesienia by w końcu dotrzeć do najwyższego w okolicy punktu, gdzie postawiono wysoką żelbetową wieżę obserwacyjną.
Docierając do Łączy wjeżdżam wprost na "Stanicę Myśliwską" - to jest piękne!
Powrót do Gliwic przez Rachowice i Kozłów. Drogę urozmaicam sobie odszukując ukryty w lesie pomnik Juliusza Rogera.
Cała wycieczka przekroczyła nieco 80 km - wszystko jednak w dusznym upale bez najmniejszego orzeźwienia chłodnym wiatrem.

Pomnik Juliusza Rogera.
Juliusz Roger urodził się 28 lutego 1819 roku w Wittembergii. Ukończył studia medyczne, w tym specjalistyczne z zakresu okulistyki w Wiedniu. W 1846 roku został asystentem w klinice uniwersyteckiej w Tybindze i wszystko wskazywało że poświęci się pracy naukowej.
W 1847 roku książe raciborski Wiktor I sprowadził Juliusza Rogera do swej siedziby w Rudach Wielkich. W Rudach i całej okolicy Roger dał się poznać jako dobry i ofiarny lekarz oraz społecznik, który reorganizował stare i budował nowe szpitale. Dziś jednak najbardziej znany jest jako etnograf - w czasie kilkunastu lat swego pobytu na Górnym Śląsku zdołał zebrać i tym sposobem ocalić od zapomnienia 546 ludowych pieśni śląskich.
Zmarł nagle w czasie polowania w lasach rachowickich. Został pochowany na cmentarzu w Rudach Wielkich lecz w miejscu jego śmierci stoi krzyż u stóp którego jest umieszczona wykuta w kamieniu tablica w kształcie serca z niemieckojęzycznym napisem ku czci zmarłego działacza i społecznika.

Leśne drogi między Tworogiem a Koszęcinem.

Lato 2006

Ta wycieczka to w sumie decyzja chwili. Wyjechałem dopiero po południu. gdy udało mi się uporać z zaplanowanymi pracami domowymi.
Samochodem do Tworoga. Zostawiłem auto pod kościołem, kupiłem półtoralitrową butelkę wody mineralnej i w drogę!
Przez Koty do przysiółka Wesoła i dalej leśną, piaszczystą drogą do Żyłki i Kokotka. Z Kokotka przejechałem do małej, położonej w środku lasu osady Piłka. Po małym odpoczynku pojechałem do Koszęcina. W Koszęcinie porzuciłem leśne dukty i asfaltem przez Brusiek wróciłem do Tworoga. Szosa z Bruśka do Tworoga prosta jak strzelił, troszkę nudnawa. Razem było tego jakieś 45 kilometrów.

Wycieczka do Łubowic.

Lato 2006

Tym razem troszkę dalej od domu. Korzystając z wolnego dnia podwożę się z rowerem do Rud Raciborskich. Wyjeżdżam ze wsi przez Brantołkę - czyli jak zazwyczaj. Kieruję się do Kuźni Raciborskiej, dojeżdżam doń leśnymi drogami przez pożarzyska. Z Kuźni do Nędzy i dalej w kierunku przeprawy promowej przez Odrę w Grzegorzowicach. Za Nędzą wjeżdżam w płaski krajobraz dawnych terenów zalewowych Odry.

Prom w Grzegorzowicach jest niewielki i działa od przypadku do przypadku czyli jak się nazbiera dość chętnych do przeprawy. Czekając na rejs z niepokojem patrzę w niebo, coraz to bardziej ciemne i rozświetlane błyskawicami nad wysokim, zachodnim brzegiem pradoliny Odry. Rozglądam się po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś skrawka dachu - nic nie ma. W końcu pojawia się obsługa promu, Wchodzę na pokład gdy zaczyna już lekko kropić deszczyk. Odra ma w tym miejscu może jakieś 30 metrów szerokości, prom płynie z jednego brzegu na drugi jakąś minutę. Gdy byliśmy na środku rzeki lunęło jak z cebra, tak nagle. Gdy schodziłem na zachodni brzeg właściwie było mi wszystko jedno, już i tak byłem mokry na wylot. Gdy dojechałem do pierwszych drzew to chyba nie miałem na sobie nic suchego.

Burza gwałtowna i ulewna ale nie trwała długo. Porzucam wiatę przystankową, w której przeczekałem resztę deszczu i jadę do Łubowic, do pozostałości pałacu Eichendorffów. Pierwszy raz byłem tu jakieś 18 lat temu, pamiętam że wtedy też było krótko po burzy, że tak jak dzisiaj wszystko było mokre i wilgotne... Dopada mnie uczucie deja vu.
Z Łubowic ruszam do Raciborza. Tam jest najbliższa możliwość przekroczenia Odry - powrotu promem do Nędzy jakoś nie biorę po uwagę. Przejeżdżam przez Racibórz, jestem cały mokry, jakoś nie mam motywacji do zwiedzania miasta. I tak czasu nie starczy.

Jadę w kierunku Zawady Ksiażęcej. Kiedyś stał tu piękny, drewniany kościół. Niestety dziś plac jest pusty, świątynia spłonęła rażona piorunem. Gdzieś na starych zdjeciach mam ten kościół, jego wyniosłą wieżę.

Z Zawady kieruję się w stronę północnego krańca rezerwatu Łęższczok, chcę zobaczyc choć trochę stawów i trzcin. Przedzieram się brzegiem, tuż nad samą wodą. Poprowadzony jest tędy szlak turystyczny jednak nie robi on wrażenia specjalnie uczęszczanego, miejscami muszę rower nieść. Do Nędzy docieram przedzierajac się przez krzaki i pokrzywy, znów spadł deszcz, znów jest mi wszystko jedno.

Do Rud Raciborskich wracam lasami przez Jankowice Rudzkie i Wildeck - tu już drogi są szerokie i przejezdne. Wilgoć, mgła i zapadający zmrok tworzą wspaniałą atmosferę. Zrobiłem jakieś 65 kilometrów. Wracam do domu, czeka mnie jeszcze czyszczenie i smarowanie roweru - wodę mam we wszystkich łożyskach.


PS: Te zdjęcia to tzw analogi. Bodaj ostatni mój negatyw Agfa APX 100, moczony w enerdowskim jeszcze, juz teraz "pełnoletnim" R-09 (1:100). Niestety Agfa się zwinęła, przynajmniej w swej części fotograficznej i nie będzie już więcej apx-ów. Oryginalnego Rodinala zresztą też. Tylko R-09...

Rudy Raciborskie czyli piwko na Brantołce.

Lato 2006

Pogoda niespecjalna, wypada tylko mieć nadzieję że nie będzie padać. Trasa oklepana, w końcu to jeden z wielu wyjazdów do Rud Raciborskich. Większość wariantów juz przerobiona. Tym razem jedziemy przez Smolnicę, Trachy i dalej asfaltem przez Bargłówkę i Przerycie. Powrót lasami, przez Magdalenkę do Tworoga Małego i dalej przez Sośnicowice do Gliwic.
W Brantołce spadł deszcz, niezbyt moze ulewny ale jednak zimny i nieprzyjemny. Ale co tam... Przesiedzielismy ten niesprzyjający czas w barze "Pod Lipami" w Brantołce. Piwko w "Unter den Linden"... fajna rzecz. Cała trasa wycieczki to 57 kilometrów.



PS: Fotki zostały zrobione na negatywie Ilford Pan 400 - to moje pierwsze próby z tym materiałem po zniknięciu z rynku agfowskich apx-ów. No cóż... pierwsze koty za płoty... narazie uczymy się.

środa, 24 czerwca 2009

Kirkut w Muszynie

Cmentarz żydowski w Muszynie znajduje się przy końcu ulicy Ogrodowej, na skraju miejscowości, na zboczach góry Malnik. Położony jest na stromym stoku tuż nad dnem doliny, na skraju sosnowego lasu. Został założony najprawdopodobniej w końcu wieku XIX.

Od XIII do XVIII wieku, w okresie kiedy Muszyna była własnością biskupów krakowskich, tutejsze prawo nie zezwalało osiedlać się Żydom. Pierwsi Żydzi pojawili się w Muszynie dopiero po rozbiorach Polski. Posiadali oni swoją synagogę przy dzisiejszej ulicy Kity.
Cała społeczność żydowska w Muszynie przestała istnieć w pierwszych latach II Wojny Światowej. Muszyńscy Żydzi zostali wywiezieni do gett w Grybowie i Bobowej i później wymordowani.

Cmentarz jest ogrodzony, oznaczony i odchwaszczony jednak nie przeprowadzono na jego terenie prac renowacyjnych, macewy są w większości uszkodzone, pochylone lub powalone. Do czasów dzisiejszych zachowały się 84 macewy z szacowanych 300. Aktualnie teren cmentarza znajduje się w posiadaniu P.P. „Lasy Państwowe” i większość prac została wykonana staraniem tegoż przedsiębiorstwa.

Dwa Święte Dymitry.

U południowego podnóża Jaworzyny Krynickiej, we wschodniej części Beskidu Sądeckiego, w dolinie potoku Szczawnik spływającego do Popradu leżą dwie wsie: Złockie i Szczawnik. Wsie te, kiedyś małe i zagubione w górach dziś w wskutek szybkiego rozwoju i rozbudowy zaczynają zrastać się w jedną całość.
W obu wsiach znajdują się cerkwie łemkowskie, obie pochodzą z XIX wieku, obie noszą te same wezwanie: Świętego Dymitra Rycerza i Męczennika.
Różnią sie jednak bryłą i kształtem. Cerkiewka szczawnicka jest mniejsza choć smuklejsza, złocka większa i obszerniejsza. Dwie cerkwie są położone na tyle blisko siebie że można stojąc przy jednej dojrzeć drugą.

Święty wielki męczennik (gr. megalomartys, cs. wielikomuczenik) Dymitr z Salonik, obok świętych: Jerzego, Teodora Stratelatesa i kilku innych, zaliczany jest do grona żołnierzy męczenników. Na ikonach umieszczanych w ikonostasie ukazywany jest zwykle bez broni, ubrany w prostą tunikę, jako ten który żłożył świadectwo wiary w Chrystusa, na innych ikonach czczonych przez wiernych bywa przedstawiany w stroju wskazującym na to iż był żołnierzem.

Święty Dymitr zginął jako męczennik na początku IV wieku podczas prześladowań chrześcian za panowania cesarza Dioklecjana.
Wedle relacji o jego męczeństwie, Maksymilian miał wyznaczyć młodego Dymitra na urząd prokonsula, nie wiedząc o tym że jest on chrześcianinem. Zamiast wypełniać rozkazy cesarskie, nakazujące wymordować wszystkich chrześcian w Salonikach, Dymitr zajął się pracą ewangelizacyjną.
Aresztowany i wtrącony do więzienia został ostatecznie, na rozkaz Maksymiliana, przebity włócznią.
Uroczystość świętego Dymitra obchodzona jest 26 października / 5 listopada.

---

Cerkiew parafialna greckokatolicka pw. św. Dymitra Rycerza i Męczennika pochodzi z II. poł. XlX w.
Obecnie jest to kościół rzymskokatolicki. Wzniesiona została zgodnie z tradycją budownictwa cerkiewnego przez budowniczego Kondracza.

W dachu nad nawą znajduje się ośmioboczny bęben przykryty kopułą z wieżyczką o podwójnej ślepej latarni. Wnętrze świątyni nakryte pozorną kopułą i stropami. Polichromia prezbiterium pochodzi z roku 1876.

W wyposażeniu cerkwi zwraca uwagę kompletny ikonostas w stylu barokowym namalowany w XIX w. przez Bogdańskich ze Lwowa a także obrazy z przełomu XVIII i XIX wieku, barokowy krucyfiks z XVIII wieku w bogatym obramieniu snycerskim oraz stacje Drogi Krzyżowej wykonane w 1980 r. przez Józefa Kuczaja, rzeźbiarza ludowego z Kąclowej.

---

Cerkiew filialna greckokatolicka pw. św. Dymitra Rycerza i Męczennika wzniesiona prawdopodobnie z roku 1841 to dziś kościół rzymskokatolicki.

Wieża jest zwieńczona baniastym hełmem z pozorną latarnią. Dachy nad nawą i prezbiterium, łamane uskokowo, zwieńczone baniastymi wieżyczkami z latarniami pozornymi.
Wnętrze nawy i prezbiterium nakryte jest łamanymi uskokowo kopułami namiotowymi. Polichromia pochodzi z 1936 r., a wyposażenie świątyni z XVIII-XIX. Wewnątrz cerkwi znajduje się ikonostas z kompletem ikon, pochodzący z XVIII/XIX w.

W późnobarokowych ołtarzach bocznych z 1729 r. umieszczono m.in. obraz Przemienienie Pańskie oraz ikonę Opłakiwanie Chrystusa z początku XVIII wieku.
Dzwon cerkiewny pochodzi z roku 1707.

Uroczysko Hubertus.

Grudzień 2006

Tym razem celem naszej krótkiej wycieczki było Uroczysko Hubertus. Podjechaliśmy samochodem do wsi Barut, już w województwie opolskim. Z tego miejsca jest najkrótsze i najwygodniejsze dojście do położonego w głębi lasu Stawu Hubertus.

Staw jest tworem sztucznym i został utworzony na Świbskiej Wodzie. W bezpośredniej bliskości stawu znajduje się rezerwat przyrody "Hubert". Ochronie podlega fragment lasu wewnątrz zwartego kompleksu lasów lublinieckich. W kwartale rezerwatu o powierzchni 19,26 ha dominuje grąd. Do występujących tu rzadkich gatunków roślin należą: wawrzynek wilczełyko, kopytnik pospolity, konwalia majowa, pierwiosnka wyniosła, czartawa drobna. Urozmaicona jest fauna. Spotkać tu można żmiję zygzakowatą i podziemne gniazda trzmieli. Sąsiedztwo zbiorników wodnych sprzyja występowaniu rzadkiej w kraju ropuchy zielonej.

Uroczysko Hubertus ma także w swej histori chwile tragiczne. Nieopodal sanatorium znajduje się polana na której w roku 1946 władze komunistyczne mordowały partyzantów działających po zakończeniu II Wojny Swiatowej oraz żołnierzy wracających do Polski z Zachodu, zarówno żołnierzy Armii Polskiej jak i Wehrmachtu. Miejsce te nosi miano Śląskiego Katynia.

Nad stawem znajduje się sanatorium dla nerwicowców bedące oddziałem szpitala toszeckiego - zaiste miejsce doskonałe dla leczenia tego typu przypadłości.

Góry Widowskie zu fuss

Jesień 2007

Góry Widowskie to niewysokie wzniesienia na północ od szerokiej doliny Kłodnicy, położone w okolicy miejscowości Pławniowice, Poniszowice i Widów.
Tu płaski krajobraz pradoliny przechodzi w łagodne wzgórza. Przejechałem wiosną tego roku przez Góry Widowskie w czasie jednej z moich wycieczek rowerowych.
Teraz postanowiliśmy nieco pospacerować po tamtejszych lasach, poszukać jeszcze resztek jesieni, zrobić kilka zdjęć i przewietrzyć dzieciaki.
Prawie się udało: zmoczeni nagłym deszczem wróciliśmy do samochodu. Mokrzy ale jednak zadowoleni.

Ścieżka przyrodnicza w Rachowicach

Jesień 2007.

Dydaktyczna ścieżka przyrodnicza w Rachowicach to na naszym terenie swoisty ewenement. Właściwie trudno znaleźć coś podobnego na terenie Górnego Śląska, kojarzącego się raczej z zakładami przemysłowymi i kominami. Miejsce te jest bardzo atrakcyjnie przygotowane do zwiedzania i może stanowić całkiem przyjemny cel krótkich niedzielnych wycieczek za miasto.

Ścieżka przyrodnicza została utworzona staraniem Nadleśnictwa Rudziniec. Zadaniem ścieżki jest uprzystępnienie terenu tak zwanej "Szwajcarii Rachowickiej", szczególnie ciekawego krajoznawczo i przyrodniczo fragmentu doliny potoku Sierakowickiego. W tym celu na wyznaczonej trasie wybudowano wiele schodów, poręczy, pomostów w miejscach podmokłych a nawet małą wieżę widokową. Większość trasy prowadzi przez podmokłe fragmenty doliny porośnięte tak zwanym odnowieniem naturalnym, częściowo zahaczając o starodrzewy dębowe o szacowanym wieku około 150 lat.

Ścieżkę przyrodniczą wyznaczono w dwóch wariantach: I wariant o długości 2 kilometrów i II wariant o długości 800 metrów. Obie trasy mają swój początek i koniec przy parkingu położonym przy drodze z Sośnicowic do Rachowic. Jadąc od strony Gliwic należy przejechać Sośnicowice w kierunku Kędzierzyna i po dwóch kilometrach, w lesie skręcić w prawo na drogę do Rachowic. Parking znajduje się po prawej stronie, w lesie przed Rachowicami.

------

Zima 2007/2008.

Ciąg dalszy nastapił...
Tym razem wiosno-jesień w środku zimy. Śniegu jakoś nie było w tym roku więc trudno o zdjęcia w białej szacie. Trzy dodatkowe fotki. A na nich umarłe drzewa.

Kaplica Świętej Magdaleny koło Sierakowic.

W lesie koło wsi Sierakowice i Tworóg Mały znajduje się mała kaplica pw Świętej Marii Magdaleny. Sama kaplica pochodząca z XVIII wieku to mały murowany i tynkowany, przykryty drewnianym dachem "domek". W czasach współczesnych cała zabytkowa kapliczka została przekryta drewnianym zadaszeniem. Obecnie dwuspadowy dach wsparty na słupowobelkowej konstrukcji tworzy mały, pozbawiony ścian bocznych kościółek którego ołtarzem jest zabytkowa kaplica.

Z powstaniem kaplicy związane są dwie legendy. Pierwsza z nich mówi o pani zamieszkującej zamek w Sławięcicach, która wystawiła kaplicę w ramach pokuty za jakieś straszne grzechy. Druga legenda mówi o córce hrabiego Herzoga z Rud Wielkich, która zagubiła się w czasie polowania. Mimo poszukiwań prowadzonych prze całą świtę książęcą nie została ona odnaleziona przez zapadnięciem nocy. Dopiero na drugi dzień o świcie córkę znaleziono w pobliżu, przepływającego nieopodal dziesiejszej kaplicy, strumyka. Wdzięczny za ocalenie swego dziecka hrabia Herzog wystawił w sąsiedztwie miejsca odnalezienia córki kaplicę. Miało to mieć miejsce w roku 1784 oczym ma zaświadczać data wyryta na belce więźby dachowej. Która wersja jest prawdziwsza trudno dziś dociec. Nie wiadomo także dlaczego kaplica została poswięcona jawnogrzesznicy Magdalenie. Pierwszy obraz patronki nie budził jednak wątpliwości komu jest kaplica poświecona: według opowieści okazały dekolt świętej niejednemu rozpraszał myśli w czasie modlitwy. Niestety obrazu tego juz nie ma w kapliczce. Został on skradziony przez, do dziś nieznanych, sprawców wiosną 1992 roku. W okolicy gruchnęła wieść że w karze za zbeszczeczenie kaplicy spłonie las. Ze składek mieszkańców Tworoga Małego, dwa tygodnie później został w kaplicy umieszczony nowy obraz świętej. Autorem obrazu jest Wojciech Kotylak z Łabęd, obraz został wstawiony w odnalezione ramy starego obrazu, porzucone w lesie przez uciekających złodziei.

Przepowiednia pożaru niestety sie spełniła. Miesiąc po odpuście Świętej Marii Magdaleny w lasach wybuchł wielki pożar, który jak sie później okazało był największym pożarem lasu w Europie. Kaplicy broniono za wszelką cenę. Strażacy walczący z ogniem na znacznej przestrzeni z braku środków i ludzi mogli jedynie przykryć całą kaplicę pianą gaśniczą. Szalejący ogień kilkakrotnie zbliżał się niebezpiecznie do kaplicy, kilkakrotnie także strażacy jechali do kaplicy by zabrać obraz Świętej Marii Magdaleny. Nigdy nie zrobili tego jednak. Po 19 dniach walki z żywiołem pożar został opanowany. Kaplica została ocalona w sposób niemal cudowny. Las wokół kaplicy spłonął doszczętnie a ona wraz z kilkoma dużymi drzewami została nietknięta. Jeszcze dzis można bez problemu dojrzeć dokąd doszedł ogień. Na pamiątkę tych wydarzeń co roku w pierwszą niedzielę września w kaplicy odprawiana jest msza święta w intencji poległych strażaków, w intencji wszystkich tych którzy walczyli z ogniem oraz w podzięce za ocalenie kaplicy.

Kaplica pw Świętej Marii Magdaleny jest przez mieszkańców okolicznych miejscowości oraz przez turystów zwana "Magdalenką" lub "Świętą Magdalenką". Dotrzeć do niej można z Sierakowic szlakiem żółtym, z Tworoga Małego drogą leśną bez szlaku lub z Rud Raciborskich szlakiem żółtym wyjeżdżając ze wsi drogą koło opactwa przez Brantołkę.
Kaplica leży przy jednej z dróg leśnych. Drogi te są oznaczone tablicami z numerami działów leśnych oraz nazwą drogi. Droga przechodząca obok kaplicy ma oczywiście nazwę: "Święta Magdalenka".

Barania Góra ponad chmurami.


listopad 2003

Na ten wyjazd umawialiśmy się z Tomkiem do dłuższego czasu. Ale w końcu się udało nam wybrać.
Jest listopad 2003 roku. Długi weekend w okolicach święta narodowego. Wyjechaliśmy pociągiem do Wisły Głębców właściwie bez wiary w powodzenie tej wyprawy. Szaro i buro, z nieba siąpił drobny deszcz. Psychicznie się nastawialiśmy na wilgoć i zimno, na to że jakoś może dojdziemy na Stecówkę, może na Przysłop, że nasz plan baraniogórski spali na panewce.

Wysiedliśmy z pociągu w Głębcach i w tej szarości od razu odechciało się nam łazić. Postanowiliśmy spróbować wjechać na Kubalonkę jakimś autobusem. Ledwie doszliśmy do drogi a tu patrzymy: jedzie z dołu jakiś pekaes. Machnąłem bez przekonania ręka, byliśmy gdzieś pomiędzy przystankami, autobus cieżko wspinał się na dość znaczym podjeździe. Nie zatrzyma się...

Wjechaliśmy na Kubalonkę rozdziawiając gęby szeroko. Z każdym metrem uzyskiwanej wysokości robiło się jaśniej, słoneczniej, pogodniej, piękniej. Ten autobus to był poczatek fartu który miał nam sprzyjać dzisiejszego dnia. Na przełęczy słońce wręcz paliło. Droga na Stecówkę to majówka w listopadzie. Widoki ze Stecówki nieco jeszcze mgliste ale juz dalekie, tam zawsze jest kłopot z widokiem: widać dużo ale na południe i w związku z tym pod słońce.

Doszliśmy przez Karolówkę na Przysłop, drzemy dalej pod górę bo skoro ze Stecówki było widać sporo to z "rusztowania" na szczycie Baraniej Góry powinno być jeszcze lepiej i więcej. W końcu jesteśmy na szczycie ! Ale ... póki nie wejdziemy na wieżę widokową to nie wiemy jak naprawdę jest. Szybko biegniemy.

I kopary nam opadają... Widać... widać tyle ile jeszcze nigdy z tej góry nie widzieliśmy! Może nie wszystko bo dół zalany chmurami ale to co wystaje ponad "mleko" wystarczająco szokuje. Widać pół Słowacji. Tatry Zachodnie, Wysokie, Bielskie, w tyle Niskie, Góry Choczańskie, Mała Fatra. Ale to jeszcze nic! Na zachodzie, bardzo daleko, na samym horyzoncie coś lekko majaczy. pożyczamy od przygodnych turystów lornetki. O Boże! Widać wieżę na Pradziadzie! Widać Hruby Jesenik w Sudetach! Tego się nie spodziewaliśmy. To w linii prostej, jak później w domu sprawdziłem, około 140 km. Dalej w życiu nie widziałem.

To że właściwie zeszliśmy z wieży wynikało z tego że mieliśmy ambitny plan by dojść na pociąg w Węgierskiej Górce. Plan mieliśmy, opóźnienie także. Ruszyliśmy z kopyta ale jednego nie uwzględniliśmy: że schodzić będziemy w chmurach i to w warunkach zapadającego zmroku. Drogę popieprzyliśmy gdzieś na szerokich wyrębach czy wiatrołomach w okolicach Magurki Radziechowskiej. Efekt był taki że zeszliśmy do Twardorzeczki. To znaczy, gdzie schodzimy to wiedzieliśmy chwilę po tym jak zgubiliśmy szlak ale doszliśmy do wniosku że nie ma sensu się wracać i szukać właściwej drogi bo ciemną nocą i we mgle to my i tak nie zdążymy na ostatni pociąg do Katowic. Zresztą: Harnasie nie błądzą tylko wyznaczają nowy wariant...

Zejście do Twardorzeczki samo w sobie dość łatwe i niedługie pociągało za sobą jednak pewien mankament. Twardorzeczka jest na skraju Kotliny Żywieckiej i do Żywca to jakieś 8 - 10 km po asfaltach. Na autobus jakoś nie mieliśmy nadziei co zresztą szybko się potwierdziło na pierwszym przystanku zaopatrzonym w tabliczkę odjazdów. Chcąc niechąc idziemy więc na własnych nogach. Nadjeżdża samochód. No nie... taki numer nie wyjdzie. Drugi raz w ciągu jednego dnia. Jest ciemna noc. Nie ma takiej opcji. Od niechcenia macham ręką...


Kwadrans później wysiadamy w Żywcu przy kładce dla pieszych nad torami PKP, po drugiej stronie torów samiusieńki dworzec kolejowy. Podwożący nas, jak się w krótkiej rozmowie okazało były goprowiec ze Skrzycznego, pyta nas kiwając głową: "A chciało się wam, chłopcy, w taką dupówę w ogóle łazić po górach?"

------------

Zdjęcia powyższe to jeszcze analogi. Jakaś Fuji Provia 100 F czy coś podobnego. Chyba jeden z ostatnich moich slajdów, potem było jeszcze pare niemiłosiernie spieprzonych przy wywoływaniu przez zakład fotograficzny i odpuściłem sobie. Jakiś czas potem przeszedłem na cyfrową stronę mocy. Ale moja "mała lady" (Minolta 505si) którą na Baraniej Górze robiłem te zdjęcia służy mi do dziś, tyle że przeszła na dietę czarnobiałą, kolorowymi filmami dawno juz nie była karmiona. Słoik niestety podpięty ma dość cieńki co widać po winietach ale ... czas pokaże co będzie dalej.

Rejviz - najwyżej położona wieś na Śląsku.

kwiecień 2004

Była to jednodniowa wycieczka w Jesioniki. Podjechaliśmy samochodem do Rejvizu i zrobiliśmy niezbyt długą pętelkę.
Zaczęliśmy w górnej części miejscowości, w rejonie gdzie spotykaja się szlaki turystyczne przechodzące przez Rejviz. Początkowo nasza trasa wiodła asfaltową drogą, tą samą którą przyjechaliśmy od strony Zlatych Hor. Po drodze minęliśmy, niestety nieczynną, restaurację "Rejviz". Napisałem "niestety" nie ze względu na nasze ewentualne pragnienie czy głód ale z powodu oryginalnego wyposażenia tego lokalu. Słynie on bowiem z ręcznie rzeźbionych i malowanych krzeseł których oparcia przedstawiają karykaturalne podobizny dawnych stałych bywalców. Pierwsze krzesła wytworzył zaraz po zakończeniu I wojny światowej syn ówczesnych właścicieli gospody. Pomysł okazał się trafiony: każdy ze stałych bywalców, który miał krzesło ze swoją podobizną nawet nie myślał by iść na piwo do konkurencji.

W dolnej części miejscowości skręcamy prawo i przez szerokie pola schodzimy do miejsca gdzie wypływający z torfowisk potok łączy się z Czarną Opawą. Schodzimy troszkę doliną i wkrótce odbijamy na Kobersztejn. Podchodzimy na szczyt Zameckego Vrchu nieco uciążliwym szlakiem, uciążliwym szczególnie w końcowej cześci.
Z ruin trzynastowiecznego zamku niewiele się ostało, praktycznie fragment kamiennej baszty oraz ślady fos i obwałowań.


Po krótkim odpoczynku w ruinach ruszamy na zachód niewyraźnym grzbietem. Przeciskamy się przez las, praktycznie chaszczujemy. Docieramy do większej grupy skał. Widać ślady ułatwień wspinaczkowych, na szczycie najwyższej skałki stoi krzyż. Udaje się nam wejsć na górę. Otwiera się przed nami widok na Rejviz i otaczające nas góry. Na Orliku jeszcze sporo śniegu.

Wkrótce mylnymi ścieżkami schodzimy do doliny Czarnej Opawy, w okolicy tak zwanego Mostu przez Czarną Opawę. Idziemy w górę doliny, po kilku kilometrach napotykamy żółty szlak z który nas poprowadzi na Kazatelny i dalej do Rejvizu. No! zapowiada się ciekawie: szlak jest zasypany śniegiem, trasa jest nieprzedeptana, jest upał, śnieg przypomina błotnistą breję. Szcześciem naszym zaspy nie ciągną się długo i na Kazatelny wchodzimy po suchych kamieniach. Tu już jest wiosna jak się patrzy.

Schodzimy ze szczytu idąc grzbietowym szlakiem i mijajac raz po raz skałki. Krajobraz, w szczególności poprzez kanciaste kształty skałek, przypomina swym charakterem teren niemieckich umocnień w Mamerkach. Jakieś niewysokie lasy i co kawałek wystająca z młodnika szara bryła. Jednak tu jest to dziełem natury.

Dochodzimy do niewielkiego źródła. To Bublavy Pramen. Wypływa z niego woda od razu gazowana, spod kamieni wydostają się małe pęcherzyki gazu. To także dzieło natury.

Wkrótce wchodzimy na teren torfowisk. Szlak wiedzie umocnioną drogą, jest w miarę dobrze utrzymany i można nim bez jakichkolwiek problemów przejść. Jednak z obu stron drogi teren jest podmokły. Woda stoi pomiędzy drzewami, kamienie porastają dorodne mchy. Docieramy do mostu na potoku wypływającym w torfowisk, po jego przekroczeniu teren staje się na chwilę przystepniejszy ale po niedługim czasie dochodzimy do zasadniczej atrakcji całej okolicy. Kupujemy w kasie wejściówki i wkrótce, po drewnianych pomostach, dochodzimy do platformy widokowej nad Velkim Mechowym Jezirkem. Ale co to za widok! Wokół nas rachityczny las sosnowo-brzozowy, jakieś marne krzewinki, kępy traw i mchów oblane zimną wodą z resztkami śniegu. W jeziorku brunatna, ciemna woda. Brr. Syberia jakaś czy co...?


Wracamy na parking późnym popołudniem. W Zlatych Horach ostatnie, choć bardzo istotne, zakupy.

Początek.

No i się zblogowałem.
Wkrótce przeniosę tu turystyczną zawartość mojej obecnej strony: www.draft.gliwice.pl. Zapewne nie wszystko ale miejmy nadzieję że większość materiałów się załapie na przeprowadzkę.

A dlaczego takie, z pozoru bezsensowne ruchy? Ostatnio zaczynam myśleć o innym wykorzystaniu obecnej domeny i powiązanej z nią strony. Na szczegóły przyjdzie jeszcze czas.