środa, 24 czerwca 2009

Barania Góra ponad chmurami.


listopad 2003

Na ten wyjazd umawialiśmy się z Tomkiem do dłuższego czasu. Ale w końcu się udało nam wybrać.
Jest listopad 2003 roku. Długi weekend w okolicach święta narodowego. Wyjechaliśmy pociągiem do Wisły Głębców właściwie bez wiary w powodzenie tej wyprawy. Szaro i buro, z nieba siąpił drobny deszcz. Psychicznie się nastawialiśmy na wilgoć i zimno, na to że jakoś może dojdziemy na Stecówkę, może na Przysłop, że nasz plan baraniogórski spali na panewce.

Wysiedliśmy z pociągu w Głębcach i w tej szarości od razu odechciało się nam łazić. Postanowiliśmy spróbować wjechać na Kubalonkę jakimś autobusem. Ledwie doszliśmy do drogi a tu patrzymy: jedzie z dołu jakiś pekaes. Machnąłem bez przekonania ręka, byliśmy gdzieś pomiędzy przystankami, autobus cieżko wspinał się na dość znaczym podjeździe. Nie zatrzyma się...

Wjechaliśmy na Kubalonkę rozdziawiając gęby szeroko. Z każdym metrem uzyskiwanej wysokości robiło się jaśniej, słoneczniej, pogodniej, piękniej. Ten autobus to był poczatek fartu który miał nam sprzyjać dzisiejszego dnia. Na przełęczy słońce wręcz paliło. Droga na Stecówkę to majówka w listopadzie. Widoki ze Stecówki nieco jeszcze mgliste ale juz dalekie, tam zawsze jest kłopot z widokiem: widać dużo ale na południe i w związku z tym pod słońce.

Doszliśmy przez Karolówkę na Przysłop, drzemy dalej pod górę bo skoro ze Stecówki było widać sporo to z "rusztowania" na szczycie Baraniej Góry powinno być jeszcze lepiej i więcej. W końcu jesteśmy na szczycie ! Ale ... póki nie wejdziemy na wieżę widokową to nie wiemy jak naprawdę jest. Szybko biegniemy.

I kopary nam opadają... Widać... widać tyle ile jeszcze nigdy z tej góry nie widzieliśmy! Może nie wszystko bo dół zalany chmurami ale to co wystaje ponad "mleko" wystarczająco szokuje. Widać pół Słowacji. Tatry Zachodnie, Wysokie, Bielskie, w tyle Niskie, Góry Choczańskie, Mała Fatra. Ale to jeszcze nic! Na zachodzie, bardzo daleko, na samym horyzoncie coś lekko majaczy. pożyczamy od przygodnych turystów lornetki. O Boże! Widać wieżę na Pradziadzie! Widać Hruby Jesenik w Sudetach! Tego się nie spodziewaliśmy. To w linii prostej, jak później w domu sprawdziłem, około 140 km. Dalej w życiu nie widziałem.

To że właściwie zeszliśmy z wieży wynikało z tego że mieliśmy ambitny plan by dojść na pociąg w Węgierskiej Górce. Plan mieliśmy, opóźnienie także. Ruszyliśmy z kopyta ale jednego nie uwzględniliśmy: że schodzić będziemy w chmurach i to w warunkach zapadającego zmroku. Drogę popieprzyliśmy gdzieś na szerokich wyrębach czy wiatrołomach w okolicach Magurki Radziechowskiej. Efekt był taki że zeszliśmy do Twardorzeczki. To znaczy, gdzie schodzimy to wiedzieliśmy chwilę po tym jak zgubiliśmy szlak ale doszliśmy do wniosku że nie ma sensu się wracać i szukać właściwej drogi bo ciemną nocą i we mgle to my i tak nie zdążymy na ostatni pociąg do Katowic. Zresztą: Harnasie nie błądzą tylko wyznaczają nowy wariant...

Zejście do Twardorzeczki samo w sobie dość łatwe i niedługie pociągało za sobą jednak pewien mankament. Twardorzeczka jest na skraju Kotliny Żywieckiej i do Żywca to jakieś 8 - 10 km po asfaltach. Na autobus jakoś nie mieliśmy nadziei co zresztą szybko się potwierdziło na pierwszym przystanku zaopatrzonym w tabliczkę odjazdów. Chcąc niechąc idziemy więc na własnych nogach. Nadjeżdża samochód. No nie... taki numer nie wyjdzie. Drugi raz w ciągu jednego dnia. Jest ciemna noc. Nie ma takiej opcji. Od niechcenia macham ręką...


Kwadrans później wysiadamy w Żywcu przy kładce dla pieszych nad torami PKP, po drugiej stronie torów samiusieńki dworzec kolejowy. Podwożący nas, jak się w krótkiej rozmowie okazało były goprowiec ze Skrzycznego, pyta nas kiwając głową: "A chciało się wam, chłopcy, w taką dupówę w ogóle łazić po górach?"

------------

Zdjęcia powyższe to jeszcze analogi. Jakaś Fuji Provia 100 F czy coś podobnego. Chyba jeden z ostatnich moich slajdów, potem było jeszcze pare niemiłosiernie spieprzonych przy wywoływaniu przez zakład fotograficzny i odpuściłem sobie. Jakiś czas potem przeszedłem na cyfrową stronę mocy. Ale moja "mała lady" (Minolta 505si) którą na Baraniej Górze robiłem te zdjęcia służy mi do dziś, tyle że przeszła na dietę czarnobiałą, kolorowymi filmami dawno juz nie była karmiona. Słoik niestety podpięty ma dość cieńki co widać po winietach ale ... czas pokaże co będzie dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój komentarz...