piątek, 24 lipca 2009

Krótki wyjazd w Pieniny.

Październik 2001.

Wyjeżdżamy w piątek w strugach deszczu, już na wstępie zniechęceni do rozpoczynającego się weekendu. Jeszcze kilka dni temu była piękna złota jesień a teraz mokre liście spadają z drzew prosto pod koła samochodu. Jak kromki chleba masłem w dół. Gorce pogroziły nam ostrzegawczo palcem, przejazd z Chabówki do Nowego Targu nie należał do najprzyjemniejszych: mgła, porywisty wiatr, deszcz i egipskie ciemności. Już jest wieczór gdy dojeżdżamy do Krościenka nad Dunajcem. Dla pokrzepienia zmokłych serc odbijamy kołek w pięciolitrowej puszce staropramena.

Rankiem spada na nas łaska niebios! Mokre mgły unoszą się w górę i zaczyna się przez nie przebijać słońce. Ruszamy. Trasa klasyczna, typowa, utarta można rzec. Cóż innego można wymyślić w Pieninach? Ot, wejście na Trzy Korony a potem Sokolą Percią przez Czertezik na Sokolicę. Pogoda była jednak zmienna, mocne słońce raz po raz zasłaniane było chmurami a zimny deszcz dokuczał chwilami. Ta zmienna pogoda sprawiła jednak że wycieczka była bardzo malownicza a widoki podwójnie zapierały dech w piersiach. Tęcza na Krościenkiem, tańczące wokół Trzech Koron chmury, błyszczące słonecznym blaskiem mokre po deszczu liście drzew, wspaniałe kolory... Nieraz się o takie widoki zanosiliśmy modły w niebiosa, nie często takie przedstawienie daje natura. Pieniny to góry na jeden dzień - ale za to jaki dzień! W życiu piękne są tylko chwile, jeszcze tylko kolacja w "Przełomie", tu jakby czas się zatrzymał.

Jednak tylko jeden taki piękny dzień otrzymaliśmy w darze od Stwórcy. Niedziela jest już pochmurna, wspaniałe barwy gdzieś się gubią. Postanawiamy się pokręcić w okolicach Wąwozu Homole, krótkie wyjście w Małe Pieniny. Te okolice to dawna enklawa łemkowska - Ruś Szlachtowska. Łagodne stoki koją oczy. Wypasy owiec już się kończą, pasterze schodzą w doliny. Wracamy do domu.

wtorek, 21 lipca 2009

Góry Izerskie i Karkonosze.

Październik 2007

To miał być piękny, kolorowy, jesienny wyjazd. Niestety wolny termin wypadł dopiero pod koniec października a na dodatek przyroda pośpieszyła się w tym roku. Pośpieszyła a może nawet wykonała efektowny falstart - czas pokaże.
Pięć dni wolnego. Plan: Góry Izerskie i Karkonosze. Jechać trzeba, następna okazja być może dopiero w przyszłym roku. Taka praca...

Przyjeżdżam do Szklarskiej Poręby w sobotę koło południa. Na pierwszy rzut Góry Izerskie. Wchodzę na Wysokie Skałki a potem koło kopalni kwarcu, przez Rozdroże pod Cichą Równią do Orla. Od samego początku mgła i padający mokrawy śnieg. Dochodzę do schroniska i cieszę się, że w nim sucho i ciepło.

Chciałem spędzić jeszcze jeden dzień w Izerskich, ale mglista pogoda i zupełny brak widoków skłonił mnie do skierowania się na wschód ku Karkonoszom. W swej głupocie miałem nadzieję, że szczyty karkonoskie będą już ponad chmurami. Z Orla przeszedłem przez Przełęcz Szklarską i rozpocząłem podchodzenie na Szrenicę. Mgła gęstniała, szlak coraz to bardziej nikł w zasypanym śniegiem lesie. Pod samą Halą Szrenicką mignęło słoneczko. Tak na chwilkę, chyba po to by upewnić mnie, że teraz to będzie tylko lepiej.

A było tylko gorzej. Poniedziałkowy poranek na Szrenicy był nawet całkiem ładny. Udaje mi się zrobić kilka zdjęć skałek, kilka dalszych widoczków. Jak się okazało ostatnich na tym wyjeździe. Za Twarożnikiem zrobiło się iście arktycznie. Wiatr zrobił się huraganowy a mgła (czy też chmury) zrobiła się gęsta. Widoczność spadła do dwóch tyczek naprzód. Wieżę telewizyjną nad Śnieżnymi Kotłami dojrzałem z 15 metrów. Czeskie Kamienie i Śląskie Kamienie to ostatnie fotki tego dnia.
Miałem zamiar nocować w Odrodzeniu, ale akurat zmieniał się najemca i dotychczasowy wywoził wszystko, co mógł, łącznie z łóżkami. Z łaski dostałem wrzątek. Daję z buta i zielonym trawersem "nad reglami" docieram, już po ciemku, do Samotni.

Trzeba wejść na Śnieżkę. Wejście robię na lekko, najłatwiejszą chyba drogą, jaką można sobie wyobrazić. Z Samotni niebieskim koło Strzechy Akademickiej i dalej w górę drogą. Mgła jeszcze gęstsza niż dnia poprzedniego. Strzechę Akademicką jakoś dostrzegam - szlak wszak przechodzi po pomoście przed schroniskiem. Ze Śląskim Domem jest już gorzej. Na grzbiecie wiatr przewraca z nóg. Śląski Dom zauważam właściwie przypadkowo: pewnym momencie wiatr słabnie i od strony północnej robi się jakoś tak pomarańczowo. Okazuje się, że to spory wszak budynek zatrzymuje na sobie wiatr.
Wchodzę na Śnieżkę Droga Jubileuszową - w normalnych warunkach to wariant chyba najmniej ambitny. Tym razem nawet to jest wyzwaniem, chwilami wiatr zatrzymuje mnie i nie pozwala iść dalej. Na szczycie chowam się w przedsionku kaplicy, chwilami nie widać z tej odległości budynku obserwatorium a ile to jest metrów? Może kilkanaście? Jestem cały oblepiony lodem, na kijkach trekingowych mam warstwę lodu o grubości 2 mm.
Schodzę do Samotni tą sama drogą, mgła gęstnieje jeszcze bardziej.

Ostatni dzień i tym razem odwilż. Ale mgła trzyma się mocno. Udaje mi się w końcu zobaczyć kawałek Małego Stawu. Wszystko topnieje w oczach, cała okolica pełna jest szumu spadających z drzew kawałów lodu. Lód ten przez kilka ostatnich dni osadził na gałęziach wilgotny wiatr, teraz to wszystko spada wielkimi kawałkami. Schodzę do Wangu. Na dole prawie nie ma śladu zimy.

I cóż ja mogę powiedzieć, jak podsumować ten wyjazd? Chyba tylko tak: byłem w Karkonoszach, niemały kawałek tych gór przeszedłem, ale ich... nie widziałem!
















czwartek, 16 lipca 2009

Zimowy weekend pod Babią Górą.

22 lutego 2002, piątek

Jedziemy na weekend już w piątek by nie tracić czasu. Dawno nas nie było w rejonie Babiej Góry. Chcemy jeszcze późnym wieczorem dotrzeć do schroniska na Markowych Szczawinach. Jedziemy dwoma samochodami z różnych miejsc aglomeracji górnośląskiej to też szukamy się wzajemnie od Mikołowa po Bieruń. Na szczęście są takie "cudowne wynalazki" jak telefonia komórkowa. Docieramy do Zawoi dość późno dopiero po godzinie siódmej wieczorem. Pogoda w czasie naszej podróży samochodowej nie nastrajała najlepiej: zmienny, porywisty wiatr, śnieżyca, wielkie mokre krupy lepiące się do szyb samochodu. Brr, wilgotno, zimno ,niezbyt przyjemnie. jednak gdy dojechaliśmy do Zawoi Lajkonik pogoda ustaliła się. Lekki mróz, słaby wiaterek w dolinie, bezchmurne niebo i jasne światło księżyca - wszak jest pełnia. Warunki wspaniałe - pomyśleliśmy. Jakoś znaleźliśmy przyzwoite miejsce do zaparkowania samochodów, będą tu stały do niedzieli. Jako że warunki atmosferyczne wydawały się nam niemal idealne szybko wylądowaliśmy na ... grzanym piwie. Czy to zawsze się musi tak kończyć...? Ale o dziewiątej już idziemy w góry. Po dwóch nieudanych próbach wbijamy się w czarny szlak przez Podryzowaną na Markowe Szczawiny. Po kwadransie już wiemy kto posprzątał wszystkie chmury na niebie: wiatr, całkiem "przyzwoity". Im wyżej tym wieje coraz lepiej.

Mozolnie wychodzimy, pomiędzy rozrzuconymi zabudowaniami, na grzbiecik. Po godzinie dochodzimy do zwartego lasu. Drzewa w swych górnych częściach odchylone są od pionu o jakieś 20-30 stopni. Wieje że hej. Docieramy do Dolnego Płaju, zaczyna się zasadnicze podejście. W miejscu gdzie są drewniane barierki i schody widać tylko coś co wystaje spod śniegu na jakieś dwadzieścia centymetrów. Przypominamy sobie dowcip o długich schodach, niskich poręczach i nadjeżdżającej windzie. Droga zaczyna być uciążliwa, pod warstwą świeżego, puszystego śniegu jest twarda, zmrożona skorupa a w niej wydeptane ślady. Robiąc kolejny krok nie wiemy czy zapadniemy się w śniegu po kostki czy po kolana. Ruletka. Szlak po jakimś czasie ginie w śniegach, tracimy znakowaną ścieżkę, teraz trzeba tylko piąć się pod górę, do Górnego Płaju. To powinno być już niedaleko. ktoś coś powiedział, że chyba popie... drogę czy coś takiego. Przez nasze szeregi przewija się dreszczyk emocji: jest zima, noc, nad nami wiatr gnie drzewa a my w środku jednej wielkiej zaspy. Ale nie ma innego wyjścia: pod górę. Nareszcie, po niemal czterech godzinach od naszego wyjścia z Zawoi jesteśmy na Górnym Płaju i to nawet całkiem blisko schroniska. Zasypany śniegiem, z przedeptaną jedynie wąziutką ścieżyną, Płaj wydaje się nam autostradą, jeszcze chwilka i już schronisko na Markowych Szczawinach. Spóźniona kolacyjka i spać. Mamy dość. Jutro też jest dzień.

23 lutego 2002, sobota

Pogoda się nie zmieniła. Nadal wieje i to zdrowo. Tu w otoczeniu schroniska, na Markowych Szczawinach, jest zacisznie ale wyżej... Raz po raz tylko ktoś schodzi z Brony i zdaje relację: kurniawa, zadymka , wiatr taki że zwala z nóg. Tylko robi nam smak. Postanawiamy sprawdzić osobiście. Podejście na przełęcz, jakkolwiek przez śniegi nie jest trudne, dopiero powyżej Biwaku Zapałowicza, ponad lasem, śniegu gwałtownie przybywa, Pod samą przełęczą olbrzymi nawis śnieżny. Tu pod przełęczą jest jeszcze cicho, wiatr wieje od Orawy przeskakując ponad naszymi głowami. Wychodząc na grzbiet dostajemy po twarzy; wiatrem, śniegiem, kawałkami lodu ale za to podłoże twarde niczym beton, można chodzić całkiem komfortowo. Wieje mocno, nie wszyscy chcą iść na Diablak. Jeden z nas jest jednak nieugięty i idzie dalej. W końcu wejdzie na szczyt, nawet z niego wróci, jaka drogą on sam tego wiedzieć do końca nie będzie. Zmierzch w śnieżycy na Diablaku to jest coś... Reszta jednak mówi pass. Jeszcze tu wrócimy. Kiedyś na pewno. Schodzimy do schroniska. Schronisko turystyki kwalifikowanej - piwa nie sprzedają.

24 lutego 2002, niedziela

Ostatni dzień w górach, wypadałoby coś przejść. Grupa się jakoś poczęła rozkładać na mniejsze kawałki. Na szczęście, jako że przyjechaliśmy dwoma autami a linia demarkacyjna była zgodna z obsadami wozów, możemy łatwo się rozdzielić. Część prosto do Zawoi a my we trzech jeszcze przez Krowiarki. Latem to by nie było nic sporszego ale w zimie idzie się wolniej. Więc śniadanko i wio koniku. Pogoda się troszeczkę poprawiła, wyjrzało słonko zza chmur i od razu zrobiło się przyjemniej. Znowu weszliśmy na Górny Płaj. W nocy troszkę przysypało śniegiem więc szlak jest niespecjalnie przedeptany choć tragedii nie ma. Szlak ten w lecie deptany tysiącami nóg teraz robi wrażenie dziewiczego.

Ostatni dzień naszej wyprawy chyba będzie przyjemny. Po dwóch godzinach marszu, minąwszy po drodze Szkolnikowe Rozstaje, zasypany śniegiem Mokry Stawek, wychodzimy na przełęcz Krowiarki. Słońce można rzec pali. Pogoda jak ta lala. Wyciągamy aparaty, w końcu trzeba by wytrzaskać te filmy bo się "zamrożą", tym bardziej że jest na czym. Droga przez przełęcz, z Zawoi do Zubrzycy, jest przetarta i odśnieżona lecz pod cienką warstwą ubitego śniegu czai się lód, łatwo fiknąć kozła o czym mamy okazję się przekonać. Tak to jest: nie straszne nam zamiecie i śniegi a łapiemy zające na gładkiej drodze. Schodzimy szosą, szlak wiodący gdzieś obok - wiedzie gdzieś obok - zasypany śniegiem i zupełnie nie przetarty, uda się go nam odnaleźć dopiero w miejscu gdzie na powrót łączy się z szosą. Widoki z drogi okazują się imponujące, teraz widzimy z dołu to co przez cały ten czas działo się nad Babią Górą. Wielkie chmurzyska wyrzucane wiatrem od Orawy kłębiły się ponad grzbietem. Tumany śniegu podrywane na południowych stokach opadają na lasy babiogórskie. I jak tu nie nazwać tej góry Diablakiem. Chwytamy się aparatów fotograficznych, mamy nadzieję uchwycić całe zjawisko na małym skrawku kliszy fotograficznej. Jeszcze raz gratulujemy wczorajszemu zdobywcy szczytu. Szczęścia przede wszystkim. Czas jednak płynie nieubłaganie, trzeba zejść do wioski tak by wrócić o przyzwoitej porze do domu. Tym bardziej że razem z nadejściem popołudnia pogoda poczęła się knocić. Ruszyliśmy szybciej ale i tak to nic nie pomogło. Jeszcze powyżej Policznego złapała nas śnieżyca, mokry i lepki śnieg spowił całą ziemię. Babia Góra postanowiła się z nami pożegnać konkretnie. Tak byśmy pamiętali. Przemoczeni szybko mijamy Policzne z jego zabytkową Kaplicą Zbójecką, wzniesioną prawdopodobnie jeszcze w XVIII wieku. Jeszcze kwadransik i jesteśmy przy samochodzie. Zrobiliśmy kółko. Jeszcze ciepła herbata w pobliskim barze, nasi kompani, z którymi się rozdzieliliśmy na Markowych Szczawinach, odjechali do domu jakieś trzy godziny temu. Wkrótce i my wyruszymy do swoich...
© Rafał Ż. 2002

Talerz zupy beskidzkiej.

maj 2004.

Była to krótka, można rzec cieciowska, wycieczka w góry. Małe dzieci i takie tam różne... Miało być łatwo i "atrakcyjnie". Oznaczało to że najlepiej jak będzie tam jakaś kolejka i knajpa na szczycie.

No dobrze. Niech będzie Żar w Beskidzie Małym. O samej wycieczce nie ma co się rozpisywać, właściwie wszystko na jej temat zostało zawarte w założeniach wstępnych przytoczonych wyżej. W końcu jak miało być tak było.
Może lepiej więc napisać parę słów o samej górze i atrakcjach na niej i w niej zawartych. Jako zachęta dla jednych lub jako przestroga dla drugich.

Góra Żar (761 m npm) to niezbyt wysoki wierzchołek w Beskidzie Małym, jest właściwie ostatnią większą kulminacją w grzbieciku odchodzącym od Wielkiej Cisowej Grapy (853m npm) i schodzącym w dolinę Soły. Żar jest w głównej części Beskidu Małego, u jego stóp rozciąga się długie jezioro Międzybrodzkie, powstałe przez sztuczne przegrodzenie, przełomowej w tym miejscu, doliny Soły. Zaporę w Porąbce wybudowano w latach trzydziestych ubiegłego wieku.

Właściwie cała góra jest dzisiaj zaprzeczeniem dzikości i pierwotności. Już w przed II Wojną Światową na jej szczycie zostało wybudowane lotnisko szybowcowe. Szybowce wwozono na szczyt i tam starowały na holu na specjalnych pochylniach. Dziś szybowisko na szczycie juz nie funkcjonuje, zostało jedynie lotnisko sportowe u stóp góry, w Międzybrodziu Żywieckim. Na podszczytowych polanach można jednak zobaczyć wielu paralotniarzy startujących do lotu. Sasiedztwo sporych zbiorników wodnych zapewnia ciekawe prądy wznoszące.

W latach siedemdziesiątych na górze Żar została wybudowana elektrownia szczytowo-pompowa. W jej skład wchodzą wykute w skale podziemne sztolnie, zespół turbin i pomp a nade wszystko nabardziej widoczny, wręcz trudny do przeoczenia, wielki zbiornik na samym szczycie góry.
Elektrownia ta to taki duży akumulator, w czasie gdy w systemie sieci energetycznych jest nadmiar mocy to pompuje się wodę do zbiornika szczytowego, gdy zapotrzebowanie się zwiększa wodę spuszcza się w dół przez turbiny produkując prąd. Zbiornik jest obwałowany wałami ziemnymi umocnionymi żelbetem i wygląda z bliska dość upiornie. Pozwala on jednak bezbłędnie identyfikować Żar z wielu miejsc Beskidu Małego i Beskidu Żywieckiego. Specyficzny widok na zbiornik rozpościera się z pobliskiej Kiczery, patrząc nań mamy wrażenie że to wielki talerz zupy.

Na szczyt wiedzie asfaltowa droga, wybudowana dla obsługi zbiornika. W pewnym miejscu siła grawitacji wydaje się być zakłócona, samochody zamiast się staczać w dół to "toczą się pod górę". Nie jest to jednak żadne "zjawisko paranormalne" tylko zwyczajne złudzenie optyczne, być może potęgowane piwem wypitym na szczycie.
Na Żar można wejść pieszo ale kto w XXI wieku by coś takiego czynił? W roku 2004 została wybudowana kolej linowo-terenowa z Międzybrodzia Żywieckiego na szczyt. Kolej nie jest całkowicie nowa, do jej wybudowania wykorzystano urządzenia z przebudowywanej wtedy kolejki na Gubałówkę w Zakopanem.

Góra Żar, jakkolwiek zupełnie przetworzona przez technikę i cywilizację, oferuje jednak coś niezaprzeczalnie pięknego: szerokie widoki na przełomową dolinę Soły z Jeziorem Międzybrodzkim, na górujące po jej przeciwnej stronie pasmo Magurki Wilkowickiej, na Kotlinę Żywiecką i Beskid Żywiecki na południu oraz równiny na północy. Tak więc mimo wszystko warto znaleźć się na Żarze w pogodny, przejrzysty dzień by nasycić oczy widokami.

wtorek, 14 lipca 2009

ERG na Hali Łabowskiej

wrzesień/październik 2006

Okazją do wybrania się w grupę Jaworzyny Krynickiej w Beskidzie Sądeckim był organizowany przez SKPG "Harnasie" Ekskluzywny Rajd Górski z metą w schronisku PTTK na Hali Łabowskiej.
Zebrały się nas cztery osoby, w tym mój dziesiecioletni syn. Trasa raczej lajtowa, bez ekstremy - niech się dziecko nie zniechęca.

Podjechalismy w piatek samochodem do Wierchomli, zaparkowaliśmy na podwórku u gospodarza, nieopodal zabytkowej cerkwi. Słowem w samym centrum wsi.
Wycieczkę zaczęliśmy, jak zawsze, od uroczystej inauguracji piwnej (nieletni: sok jabłkowy) w przysklepowym ogródku.
Pierwszego dnia zaplanowalismy dotrzeć do Bacówki PTTK nad Wierchomlą, trasą przez Pustą Wielką. Wbiliśmy się w pierwszą lepszą dolinkę i po niemal trzech godzinach spacerowego marszu stanęliśmy ma szczycie Pustej Wielkiej.

Tempo może nie zabójcze, przerw po drodze także sporo. Zmierzchało juz gdy ruszyliśmy w stronę Bacówki nad Wierchomlą, na górnych krańcach stacji narciarskiej zastał nas zachód słońca.
W całkowitych już ciemnościach doszliśmy do schroniska.
Nastrój i klimat schroniska był nakręcany płonącymi świeczkami, ustawionymi w całej jadalni - prądu z sieci nie ma a agregat tylko przez godzinę wieczorem bo paliwo drogie.

Ranek był przepiękny. Zobaczyliśmy to na co niesmiało liczyłem jadąc w Beskid Sądecki. Piękna, słoneczna pogoda na szczytach a w dolinach odchodzących od przełomowej doliny Popradu śnieżnobiałe języki mgły.
Tak właśnie pamiętałem widok z polany na której stoi Bacówka PTTK nad Wierchomlą. Może dobrze że nie było widac Tatr, granica kiczu mogła by zostać przekroczona.

Jeszcze tylko podrażnić psa schroniskowego, pohuśtać się na zawieszonej na konarze buka linie i już można ruszać w drogę.
Podejście na Runek nie jest mordercze a atak szczytowy nie przyprawia o zadyszkę.
Decydujemy się na wycieczkę na Jaworzynę Krynicką. Chyba tylko po to by za wczesnie nie przyjśc na Halę Łabowską. I chyba po to by nie zapomnieć co potrafi zrobić z górami tak zwana cywilizacja.
Plastikowy dinozaur, masa pstrokatych reklam, rozwrzeszczany tłum, śmieci po krzakach i "atmosfera" wytwarzana przez palący się śmietnik.
Ale warto było wejść na szczyt i zobaczyć w oddali Lackową i Busov.
Zjedliśmy całkiem smaczny obiad w schronisku pod Jaworzyna Krynicką, o dziwo tłum tam nie dotarł w całej swej, wypluwanej przez kolejkę linową, potwornej masie.
O dużej frekwencji w schronisku, i związanych z tym "klimatach", przypominał jedynie strasznie spasiony doberman, kręcący się wokół stolików i nachalnie żebrzący o żarcie.

Wróciliśmy na Runek i dalej powędrowaliśmy na Halę Łabowską. Szlak niezbyt ekscytujący, raczej dłużacy się.
W czasie dwugodzinnej wędrówki, poznałem dzięki memu synowi, układ większości plansz "Call of Duty" - poznałem oczywiscie czysto teoretycznie bowiem nie zwykłem nosić komputera w plecaku.
Gdy mijalismy przed Halą Łabowską pomnik ku czci poległego partyzanta dowiedziałem się że w "Call of Duty" partyzantów nie ma. ...Na szczęście schronisko było już blisko.

W schronisku juz zebrało się troszkę górskiej, turystycznej wiary, następni docierali ze wszytkich stron świata.
Nadchodził wieczór, juz wkrótce miał się zacząć finał ERG-u. Jakieś wygłupy i tym podobne zabawy i konkursy, przez chwilę zastanawiałem się czy moje dziecko powinno patrzeć na to wszystko. Doszedłem jednak do wniosku że jeśli go nie zepsuło moralnie przedszkole i trzy lata spędzone dotąd w szkole podstawowej to "Harnasie" też go nie zdeprawują.
Jakby nie spojrzeć na sprawę było wesoło - i oto wszak chodziło. Na koniec jeszcze ognisko i kiełbachy. Z trudem udało mi się młodego zagonić do spania, tak gdzieś koło północy dopiero.

Rankiem co bardziej zdeterminowani wyskoczyli na grzbiet ponad schroniskiem by oddać się pasji fotograficznej. Poranek był ładny i widokowy, słoneczny choć lekko mglisty, kto wcześnie wstał ten skorzystał.
Wróciliśmy do pozostawionego w Wierchomli samochodu schodząc wpierw grzbietem Parchowatki a później od Siodła Pod Parchowatką, przez polanki z pozostałościami dawnych sadów, domostw, sklepionych piwniczek, wprost do Doliny Potaszni.
Na pożegnanie łyk wody mineralnej wprost ze zdroju. Brrr, fuj, śmierdzi zgniłymi jajami... Buee.