wtorek, 14 lipca 2009

ERG na Hali Łabowskiej

wrzesień/październik 2006

Okazją do wybrania się w grupę Jaworzyny Krynickiej w Beskidzie Sądeckim był organizowany przez SKPG "Harnasie" Ekskluzywny Rajd Górski z metą w schronisku PTTK na Hali Łabowskiej.
Zebrały się nas cztery osoby, w tym mój dziesiecioletni syn. Trasa raczej lajtowa, bez ekstremy - niech się dziecko nie zniechęca.

Podjechalismy w piatek samochodem do Wierchomli, zaparkowaliśmy na podwórku u gospodarza, nieopodal zabytkowej cerkwi. Słowem w samym centrum wsi.
Wycieczkę zaczęliśmy, jak zawsze, od uroczystej inauguracji piwnej (nieletni: sok jabłkowy) w przysklepowym ogródku.
Pierwszego dnia zaplanowalismy dotrzeć do Bacówki PTTK nad Wierchomlą, trasą przez Pustą Wielką. Wbiliśmy się w pierwszą lepszą dolinkę i po niemal trzech godzinach spacerowego marszu stanęliśmy ma szczycie Pustej Wielkiej.

Tempo może nie zabójcze, przerw po drodze także sporo. Zmierzchało juz gdy ruszyliśmy w stronę Bacówki nad Wierchomlą, na górnych krańcach stacji narciarskiej zastał nas zachód słońca.
W całkowitych już ciemnościach doszliśmy do schroniska.
Nastrój i klimat schroniska był nakręcany płonącymi świeczkami, ustawionymi w całej jadalni - prądu z sieci nie ma a agregat tylko przez godzinę wieczorem bo paliwo drogie.

Ranek był przepiękny. Zobaczyliśmy to na co niesmiało liczyłem jadąc w Beskid Sądecki. Piękna, słoneczna pogoda na szczytach a w dolinach odchodzących od przełomowej doliny Popradu śnieżnobiałe języki mgły.
Tak właśnie pamiętałem widok z polany na której stoi Bacówka PTTK nad Wierchomlą. Może dobrze że nie było widac Tatr, granica kiczu mogła by zostać przekroczona.

Jeszcze tylko podrażnić psa schroniskowego, pohuśtać się na zawieszonej na konarze buka linie i już można ruszać w drogę.
Podejście na Runek nie jest mordercze a atak szczytowy nie przyprawia o zadyszkę.
Decydujemy się na wycieczkę na Jaworzynę Krynicką. Chyba tylko po to by za wczesnie nie przyjśc na Halę Łabowską. I chyba po to by nie zapomnieć co potrafi zrobić z górami tak zwana cywilizacja.
Plastikowy dinozaur, masa pstrokatych reklam, rozwrzeszczany tłum, śmieci po krzakach i "atmosfera" wytwarzana przez palący się śmietnik.
Ale warto było wejść na szczyt i zobaczyć w oddali Lackową i Busov.
Zjedliśmy całkiem smaczny obiad w schronisku pod Jaworzyna Krynicką, o dziwo tłum tam nie dotarł w całej swej, wypluwanej przez kolejkę linową, potwornej masie.
O dużej frekwencji w schronisku, i związanych z tym "klimatach", przypominał jedynie strasznie spasiony doberman, kręcący się wokół stolików i nachalnie żebrzący o żarcie.

Wróciliśmy na Runek i dalej powędrowaliśmy na Halę Łabowską. Szlak niezbyt ekscytujący, raczej dłużacy się.
W czasie dwugodzinnej wędrówki, poznałem dzięki memu synowi, układ większości plansz "Call of Duty" - poznałem oczywiscie czysto teoretycznie bowiem nie zwykłem nosić komputera w plecaku.
Gdy mijalismy przed Halą Łabowską pomnik ku czci poległego partyzanta dowiedziałem się że w "Call of Duty" partyzantów nie ma. ...Na szczęście schronisko było już blisko.

W schronisku juz zebrało się troszkę górskiej, turystycznej wiary, następni docierali ze wszytkich stron świata.
Nadchodził wieczór, juz wkrótce miał się zacząć finał ERG-u. Jakieś wygłupy i tym podobne zabawy i konkursy, przez chwilę zastanawiałem się czy moje dziecko powinno patrzeć na to wszystko. Doszedłem jednak do wniosku że jeśli go nie zepsuło moralnie przedszkole i trzy lata spędzone dotąd w szkole podstawowej to "Harnasie" też go nie zdeprawują.
Jakby nie spojrzeć na sprawę było wesoło - i oto wszak chodziło. Na koniec jeszcze ognisko i kiełbachy. Z trudem udało mi się młodego zagonić do spania, tak gdzieś koło północy dopiero.

Rankiem co bardziej zdeterminowani wyskoczyli na grzbiet ponad schroniskiem by oddać się pasji fotograficznej. Poranek był ładny i widokowy, słoneczny choć lekko mglisty, kto wcześnie wstał ten skorzystał.
Wróciliśmy do pozostawionego w Wierchomli samochodu schodząc wpierw grzbietem Parchowatki a później od Siodła Pod Parchowatką, przez polanki z pozostałościami dawnych sadów, domostw, sklepionych piwniczek, wprost do Doliny Potaszni.
Na pożegnanie łyk wody mineralnej wprost ze zdroju. Brrr, fuj, śmierdzi zgniłymi jajami... Buee.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój komentarz...