poniedziałek, 31 maja 2010

Mokra trzydziestkapiątka.

30 maja 2010

Maj w tym roku mokry. Był. Można powiedzieć że był bo niewiele mu już czasu na poprawę zostało a i prognozy na najbliższe dni są fatalne. Zresztą co ja będę głupio pisał o tym że mi nie było dane na rower się wybrać z powodu deszczu jak niektórym ludziom majowa powódź zabrała domy i wszystko co w nich mieli. Kolejna powódź tysiąclecia, już druga na przestrzeni trzynastu lat.

Wyszliśmy z domu z Marcinem w niedzielne popołudnie z ambitnym planem dotarcia na rowerach do Kędzierzyna. To znaczy, gwoli ścisłości, plan nie jest sam w sobie zbyt ambitny tyle że teraz w tak deszczowej porze to nie było już takie proste i oczywiste.

Wyjazd z Gliwic jeszcze jako tako ale już w okolicach lasu Żyznawa zaczęło padać.
Trochę tego syfu przeczekaliśmy w lesie między drzewami ale straciliśmy z jakieś pół godziny nim się jako tako rozpogodziło i można było dalej jechać.


Do Łączy dojechaliśmy bez ekscesów pogodowych, jedynie przed samą wioską musieliśmy depnąć mocniej na pedały po się diabli zaczęli gzić gdzieś w niebiesiech. Dopadliśmy "Stanicy Myśliwskiej" w ostatniej chwili. Potem już siedząc na ławeczkach pod parasolkami, zajadając jakieś proste jedzenie knajpiane i zapijając prostym tymbarkiem i tyskim, siedzieliśmy i podziwialiśmy teatr natury. Lunęło z nieba na cały regulator. Woda szła całym przekrojem. Pierony waliły jakby za płotem (dosłownie) a na koniec sypnęło gradem. Kolejna godzina z hakiem stracona. Już wtedy wiedzieliśmy że Kędzierzyn odpada, nie wyrobimy się na pociąg o 18 a czekanie na następny o 21 się nam nie widziało. Zdecydowaliśmy się na Sławięcice.

W końcu przestało padać i nieśmiało ruszyliśmy dalej. Na początek niewinnie, ledwie trochę wody podrzucanej przez opony. Jednak gdzieś tak w połowie drogi z Łączy do Sławięcic, wtedy kiedy już było wszystko jedno czy jedziemy dalej czy wracamy zaczęło padać na dobre. My w środku lasu, w wodzie i błocie, czasem tylko w poprzek drogi przeskakująca sarna czy zając.

Dojechaliśmy na bahnhof w Sławięcicach cali mokrzy i ubłoceni. Po zęby. Zwiedzanie terenu "arbeitslager Blechhammer" darowaliśmy sobie. Do Gliwic wróciliśmy pociągiem, kobuch jak pisał nam bilety to się z nas śmiał... :-)

Trasa: Gliwice - Łany Wielkie - Rachowice - Łącza - Słąwięcice. Dystans: ledwie 35 km.

PS1: Do Kędzierzyna nie dotarliśmy tym razem, ale jak zauważył Marcin możemy uznać że już zrobiliśmy całą trasę: Gliwice - Kędzierzyn. A to dlatego że w zeszłym roku zrobiliśmy odwrotny myk. Podjechaliśmy pociągiem do Kędzierzyna i mieliśmy zamiar wrócić do Gliwic ale z bliżej dziś nie ustalonych przyczyn zakończyliśmy trasę właśnie w Sławięcicach, na tym samym peronie. Więc wygląda na to że trasę zrobiliśmy ... tyle że zajęło nam to dwa lata :-)

PS2: W ubiegłym roku zwiedziliśmy Koźle, co osobiście wszystkim gorąco polecam bo wbrew pozorom jest tam coś, co jest nie lada gratką historyczną a mianowicie: twierdza "Festung Cosel".

wtorek, 4 maja 2010

Po drugiej stronie Popradu.

2 maja 2010.

Wiele razy jechałem pociągiem na trasie od Piwnicznej do Muszyny. Pierwszy raz jeszcze w głębokiej komunie, gdzieś w okolicy końca liceum. Ilekroć gapiłem się przez brudne okna  wagonu i wypatrywałem tego co widać na południu to moim oczom jawiła się mętna i wzburzona woda Popradu  i nieznane, tajemnicze wręcz, góry. Gdzieniegdzie mała przytulona do brzegu rzeki wioska. Wtedy, gdy jeszcze wzdłuż granicy, co kawałek albo i częściej, stał wojak WOP-u z kałachem, kraina ta wydawała się odległa i niedostępna tak jak jakieś lasy tropikalne na Borneo albo innej Sumatrze. Podzwrotnikowe, wilgotne skojarzenia tym silniej narzucały się z powodu częstych w dolinie Popradu mgieł. Mgieł częstych właśnie w letnie dni o poranku, kiedy to zazwyczaj dojeżdżałem w Beskid Sądecki "nieistniejącym" już dzisiaj pociągiem przyśpieszonym relacji Gliwice-Krynica Zdrój.

Czasy się zmieniły. Władza i system także. Teraz mamy Eurosojuz, a z nim w komplecie traktat z Schengen. Teraz granica na Popradzie to coś tak jak granica gmin. I bardzo dobrze.

Weekend majowy nie poukładał się w kalendarzu najlepiej. Zaledwie jeden dzień więcej ponad standard. W niedzielę plany przewidywały wycieczkę rowerową. Zapadła decyzja o podwiezieniu się pociągiem z Piwnicznej do Krynicy i powrocie rowerami do Piwnicznej. Wzdłuż Popradu. Po słowackiej stronie oczywiście.

Trasa od Muszyny do Mniszka nad Popradem jest rewelacyjna. Nietrudna ale urozmaicona i ciekawa. Tłoczna i zabudowana po polskiej stronie dolina Popradu tu na Słowacji jest cicha, zielona i odludna. Ledwie kilka małych wioseczek, minimalny ruch samochodowy.

A jeśli chodzi o tropikalne skojarzenia? I tym razem nie było inaczej: duszno i parno a za Małym Lipnikiem burza i ulewa jakby całe niebo miało się naraz wylać na ziemię. Tylko chyba trochę chłodniej niźli na Borneo.

Trasa wycieczki: Krynica - Powroźnik - Muszyna - Legnava - Malý Lipník - Mníšek nad Popradom - Piwniczna Czercz.
Dystans: 48,6 km

Cerkiew w Powroźniku.

"Deszczowe lasy" w okolicach tzw. Polskiej Łopaty.

 Sanatoria na Polskiej Łopacie. W tym miejscu patrząc na północ "przekraczamy granicę" wzrokiem trzy razy.