niedziela, 27 czerwca 2010

"Pana" z Woźnikach Śląskich.

7 czerwca 2010.

Drugi dzień weekendowego rowerowania. Szczerze już mamy dość najbliższej okolicy Gliwic. Ładujemy dwa rowery do auta i jedziemy za Tarnowskie Góry. Upalna niedziela, skwar, słońce, najmniejszej chmurki na niebie. Eeech.

Trasa: Miotek - Zielona - Kolonia Woźnicka - Dąbrowa Wielka - Woźniki Śląskie - Zielona - Miotek.

Dąbrowa Wielka, mała wioska w środku lasu. Na skrzyżowaniu leśnych dróg rośnie kilka ogromnych, wysokich dębów.
  
W Woźnikach przyszło mi ubabrać sobie łapy naprawiając dziurawą dętkę. Dobrze że miałem drugą, nową w bagażach, łatać i lepić starej nie miałem siły.
  
  A po naprawieniu roweru chwila dla oka i ducha: Kościół p.w. św. Walentego w Woźnikach Śląskich.

Jedynie w lesie trochę cienia, ale i ten cień miejscami jakiś taki nietęgi...

Zielona. Mały ośrodek wypoczynkowy nad stawem. Niegdyś płynął tędy mały potoczek, wąska strużka. Mała Panew w tym miejscu jest jeszcze naprawdę mała. Niegdyś była piaszczysta plaża, mały mostek rzeczką. Niegdyś... przed powodzią...

Z Toszka do Jemielnicy.

26 czerwca 2010.

Sobotnie popołudnie...W domu szkoda siedzieć. Robota na chwilę skończona (czyt. odpalantowana) więc po co się kisić w dusznym mieszkaniu? Wsadzam meridę do bagażnika i jadę za Gliwice. Parkuję pod zamkiem w Toszku. Wycieczka niemal po starych śmieciach, ledwie drobne modyfikacje wobec tego co już kiedyś  było. Ale niech tam, odświeżymy sobie wspomnienia.

Trasa: Toszek - Wiśnicze - Świbie - Hubertus - Barut - Jemielnica - Centawa - Płużnica - Toszek.

 
 Kaplica p.w. Matki Boskiej Bolesnej "w Goju" i jej najbliższe otoczenie.

"Śląski Katyń", miejsce masowego mordu dokonanego w 1946 roku przez komunistów na żołnierzach podziemia. Hubertus koło wsi Barut.

Jemielnica - to jakby osobny rozdział w ramach tej wycieczki. Najznamienitszym zabytkiem jest kościół pocysterski p.w. NMP i dawny klasztor. Jemielnicki klasztor jest drugą najstarszą lokacją cystersów  na Górnym Śląsku. Drugą po naszych ulubionych Rudach oczywiście.

Dawny młyn klasztorny, dziś niepozorny dom mieszkalny. Ale gdyby takie koło zamontować do roweru...

I inne, nie mniej ważne zabytki Jemielnicy: Napomuk z 1765 roku i sławny niegdyś na całą Polskę pomnik ofiar wojen światowych. Sławny z walki jaką musieli w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku stoczyć mieszkańcy Jemielnicy chcąc go odbudować.

I jeszcze jeden smaczek. Obelisk na zbiorowym grobie żołnierzy francuskich. Żołnierzy Wielkiej Armii Cesarza Napoleona którzy zmarli w pobliskim klasztorze z ran i chorób w latach 1812-1813.

 A na koniec szybki zjazd kamienistą drogą do Płużnicy. Uff.

Więcej o klasztorze i kościołach  Jemielnicy możesz przeczytać na stronach szlaku cysterskiego.
Trasa opisana w tym poście to jakby odwrócenie dawnej trasy którą zrobiłem ze trzy albo i już cztery lata temu "Lasy wokół Dąbrówki"

czwartek, 24 czerwca 2010

Pętla ziemięcicka.

24 czerwca 2010.

Krótka przejażdżka rowerowa, mały wyskok za miasto. Do Żernik, Szałszy, Ziemięcic i Czechowic.
Okraszona widokiem na masyw Góry Świętej Anny.

Kąpielisko w Czechowicach. 
Dziś jeszcze ciche, za dwa dni, gdy będą już wakacje, pewnie będzie tu ciasno i gwarno.

Widok z Czechowic na Górę Świętej Anny.

Rowerem do urny.

20 czerwca 2010.

Niedzielny wyjazd rowerowy, który można by krótko określić: "rowerem do urny". Zabrzmiało groźnie. Na szczęście była to urna wyborcza a nie ta przeznaczona na doczesne resztki kolarza.
Tak już ostatnio mamy z wyborami prezydenckimi że karteczki wrzucamy do skrzynek wszędzie tylko nie w Gliwicach. Jeśli idzie o wynik głosowania różnicy to nie robi najmniejszej a jest po prostu ... weselej.

Tym razem w wyborczą niedzielę wybraliśmy się na krótką wycieczkę rowerową a obywatelski obowiązek spełniliśmy w Świetlicy Wiejskiej w Leboszowicach.

Wracając do Gliwic udało się nam zwiedzić kościół w Żernicy. Dotąd nigdy nie byliśmy w środku a to za sprawą tego że kościół dopiero od niedawna jest udostępniany dla zwiedzających i to tylko w okresie letnim i w niedzielne popołudnia. Dotychczas zawsze bywałem w Żernicy w tygodniu, w najlepszym razie w sobotę, więc nie byłem w stanie zwiedzić kościoła w środku.
Cały kościół jest po gruntownej renowacji, odnowiony został z zewnątrz jak i wewnątrz. Odnowione zostały elementy konstrukcyjne, wymieniono belki całkowicie zmurszałe oraz zaimpregnowano całą resztę. Wewnątrz, ze ścian została zdjęta farba pod którą ukazały się wspaniałe polichromie a odrestaurowane ołtarze i ambona lśnią nowymi pozłotami. A jaki jest efekt?  Wręcz oszałamiający! Naprawdę warto zobaczyć na własne oczy.


Wnętrze kościoła p.w. św Michała Archanioła w Żernicy.

Więcej o kościele można przeczytać na stronie internetowej parafii żernickiej.

niedziela, 13 czerwca 2010

Do Łączy i spowrotem. Dokładnie spowrotem.

Dzisiejszego dnia zrobiłem trasę jakiej dawno już nie popełniłem. Pojechałem do Łączy na rowerku. Przez Rachowice, jak ostatnio najczęściej zresztą.

I co tym dziwnego?

Wróciłem do domu ... dokładnie tą samą trasą. Szkoda gadać, chyba się starzeję.

Fokarium w Helu.

Wrzesień 2008.

Niejako dla porządku pragnę odnotować ten fakt na blogu. Tak więc piszę...

Przy okazji zdobycia niebotycznej Góry Szwedów na Półwyspie Helskim miałem okazję odwiedzić tamtejsze Fokarium. Dzięki niezbyt pięknej pogodzie tłumów ludzkich na szczęście nie było więc wizyta w tym totalnie komercyjnym miejscu była w miarę przyjemna. Oczywiście znajdą się tacy, którzy oburzą się na moje kategoryczne określenie tego miejsca i przyrównanie go do pierwszego lepszego disneylandu ale ja będę obstawał przy swoim zdaniu. A na pierwszy przykład podam choćby sposób pobierania opłat i regulacji ruchu zwiedzających na wejściu. Takie ładne "kołowrotki" to chyba tylko w rzeźni...

Więcej o helskim fokarium możesz przeczytać na stronie www Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego.


sobota, 12 czerwca 2010

"Każdemu jego Everest " - Góra Szwedów (19 m n.p.m.)

Wrzesień 2008

Drugą górą "zdobytą" podczas mojego epizodu gdańskiego była Góra Szwedów na Helu. Góra, której oszałamiająca wysokość sięga ... tak sięga... 19 metrów ponad poziom morza. Szok!

Oczywiście Góra Szwedów to tylko jedna z wielu atrakcji na Helu, wcale nie najważniejsza, być może tylko przeze mnie zauważona gdy inni bez żalu ją mijają. Ale mogę powiedzieć sobie że zdobyłem szczyt. I było to pod paroma względami szczególne wejście:
  1. Góra Szwedów jest najniższą górą jaką zdobyłem! Wiodąca dotąd pod tym względem prym, Kawcza Góra na Wolinie jest wyższa o 7 metrów. Oczywiście za pełnoprawny, choć niski, szczyt uznaję coś co jest oznaczone na popularnych mapach zarówno nazwą jak i kotą wysokościową,
  2. By zdobyć Górę Szwedów odbyłem podróż która w sumie składała się z dwóch lotów samolotem i jednego rejsu statkiem - choć to brzmi nieprawdopodobnie to było tak w istocie.
Tak więc proszę się ze mnie nie śmiać :-) ... zresztą, by nie było zbyt łatwo z tym podejściem na szczyt, drogę rozpocząłem od poziomu morza. A i kolejek w tym rejonie nie ma ... to znaczy kiedyś były ale służyły do transportu amunicji na stanowiska artyleryjskie.

Widok ze szczytu Góry Szwedów w kierunku północno-zachodnim.

Za Wikipedią:
Góra Szwedów (inaczej Szwedzka Góra) to wzniesienie o wysokości 19 m. n.p.m. na zachodnim krańcu Mierzei Helskiej, wyrastające z wydm ciągnących się wzdłuż wybrzeża od strony Morza Bałtyckiego. Zwana popularnie Szwedem, znajduje się w granicach administracyjnych miasta Helu. Swoją nazwę zawdzięcza prawdopodobnie Szwedom, którzy wylądowali na plaży w pobliżu wzniesienia, po tym jak ich 2 okręty weszły na mieliznę podczas sztormu w 1628 r.
Na jej szczycie znajduje się stara latarnia morska, zbudowana w 1936 r., która zastąpiła latarnię w Jastarni-Borze. Ta 17-metrowa stalowa budowla o konstrukcji ażurowej posadowiona na 2-metrowej betonowej podbudowie, zakończona okrągłą galerią, kiedyś przekryta była kopulastym daszkiem. W pełni zautomatyzowana (posiadała elektryczne oświetlenie), bez stałego nadzoru, często zawodziła (szczególnie zimą). Swoją rolę pełniła do 1990 r., kiedy to została ostatecznie wyłączona.
Obecnie wieża, częściowo zdewastowana, to obiekt zabytkowy. Jednak niezabezpieczona i niezagospodarowana, niszczeje. Niewielki budynek stojący kilka metrów od latarni osunął się i powoli się rozpada. Ze szczytu wieży, jak i samego wzniesienia rozciąga się widok na otwarte Morze Bałtyckie, nadmorskie wydmy oraz lasy.


Kiedyś teren Półwyspu Helskiego był zupełnie niedostępny, będąc nadmorską fortecą, "niezatapialnym pancernikiem" strzegącym wejścia do portów w Gdańsku i Gdyni. Teraz większość terenu jest dostępna dla zwiedzających i można bez problemu zobaczyć coś co jeszcze niedawno było "wielką tajemnicą wojskową". Teren otaczający miasteczko Hel jest zryty transzejami i obficie zabetonowany schronami i resztkami baterii artyleryjskich, a niektóre z nich są już nawet odrestaurowane i udostępnione do zwiedzania. Wokół Helu zlokalizowane są dwie baterie które dziś są muzeami. Zdecydowanie większa z nich to niemiecka bateria "Schleswig-Holstein", wyposażona niegdyś w działa kalibru 406,4 mm tzw Adolfskanone, które były działami o największym kalibrze jakie kiedykolwiek zainstalowano na stałych stanowiskach naziemnych.
Drugą, mniejszą, choć równie ciekawą jest bateria artyleryjska im kmdr Heliodora Laskowskiego czyli tak zwana bateria cyplowa. Zdecydowanie mniejsza, zbudowana jeszcze przed II Wojną Światową. Przejęta po kampanii wrześniowej przez wojsko niemieckie i włączona do niemieckiego systemu obronnego. Zyskała wtedy nazwę mającą powiązania z nazwą swej większej sąsiadki. Nazwy obu baterii były bowiem przeniesione z nazw dwóch niemieckich krążowników szkolnych biorących udział w walkach o Westerplatte. Tak więc mniejsza bateria nosiła przez kilka lat wojny swojską nazwę... "Śląsk". A dokładnie "Schlesien".

"Każdemu jego Everest " - Wieżyca (328,6 m n.p.m.).

Wrzesień 2008

Koniec lata i początek jesieni roku 2008 dane mi było spędzić w Gdańsku. Obowiązki zawodowe spowodowały że przemieszkałem po trochu nad Motławą niemal trzy miesiące.
 Był to chcąc nie chcąc czas bez gór. Góry mogłem zobaczyć jedynie w czasie weekendowych wizyt w domu i to tylko z okien samolotu lądującego w Balicach.

Postanowiłem wprowadzić w życie plan ratunkowy pozwalający jakoś przetrwać ten trudny okres. Wyznaczyłem sobie dwa ambitne cele na weekend. Dwie góry, dwa wybitne szczyty. Wybitne jak na około gdańskie warunki. I wbrew pozorom całkiem ciekawe.

Na pierwszy cel została wyznaczona Wieżyca, najwyższy punkt na czymś co geografowie zwą Niżem Polskim. Wysokość bezwzględna to 328 m n.p.m. Niby nie dużo ale przecież jesteśmy prawie nad morzem.
Podjechałem pociągiem do Wieżycy, małej stacyjki na linii kolejowej z Gdyni do Kościerzyny. I od razu mi się spodobało. Ludzi mało a górka całkiem się wybijająca w krajobrazie. Podejście niezbyt długie bo i jakim cudem długie by mogło być. A na szczycie co? Wieża widokowa. Naprawdę duża i solidna, nie kojarzę by taka spora była gdzieś w polskich górach. Na górze wiaterek całkiem przyzwoicie dmucha i lekko chwieje wieżą. Widoki chmurne ale przyzwoite.

Wejście na Wieżycę to jednak za mało na cały dzień więc schodzę jakimiś chaszczami nad Jezioro Ostrzyckie i drogami polnymi mijając kilka wiosek dochodzę po kilku godzinach do Kartuz. Wycieczka dość nietypowa ale całkiem przyjemna i odprężająca.



Za Wikipedią:
"Wieżyca (kaszb. Wieżëca, niem. Turmberg) (328,6 m n.p.m.) – najwyższe wzniesienie pasma morenowych Wzgórz Szymbarskich, jednocześnie najwyższy punkt całego Niżu Polskiego. Wierzchołek porośnięty lasem bukowym, na szczycie platforma widokowa – Kaszubska Wieża Widokowa im. Jana Pawła II. Najwyższe wzniesienie pojezierzy polskich, miejsce kultu starożytnych Słowian. Zwana też Kaszubskim Olimpem. Przez szczyt prowadzi szlak turystyczny Wzgórz Szymbarskich.
Na Wieżycy znajduje się stok narciarski i wyciąg. W bezpośrednim sąsiedztwie Wieżycy przebiega ostatni odcinek Drogi Kaszubskiej.
Szczyt Wieżycy wraz z wybranymi stokami jest od roku 1962 objęty rezerwatem krajobrazowym Szczyt Wieżyca o powierzchni 33,6 ha. Ochronie podlega głównie buczyna kwaśna. W przeszłości była to święta góra miejscowej ludności przedchrześcijańskiej."

piątek, 11 czerwca 2010

Spóźnione "Gross Rauden Classic"

10 czerwca 2010,

Zawsze uważałem że sezon rowerowy można było uznać za otwarty dopiero wtedy jak się przejechało przez Rudy. Jakoś zawsze tak bywało, tak właśnie się działo że na początek wiosny jechałem sam lub w towarzystwie do Rud właśnie. W tym roku jakoś tak nie wyszło. Po pierwsze trudno się chwalić rozpoczynaniem sezonu w połowie czerwca gdy to już niemal jego półmetek, po drugie miało już miejsce kilka całkiem interesujących wycieczek rowerowych. Postanowiłem jednak zaległość nadrobić, jeszcze by się okazało że w tym roku bym w ogóle o Rudach zapomniał. Tak więc najwyższy czas na trasę zwaną swojsko: "Gross Rauden Classic".

Cały maj to nieustające, nawet na małą chwilę, deszcze. Deszcze, ulewy i powodzie w całym kraju. Próbowałem jeździć na rowerze ale były to żałosne podskoki. Jazda w deszczu niezłą zabawą jest ale trudno w ten sposób zrobić dłuższą, całodniową trasę.

Wreszcie z nadejściem czerwca pogoda się opamiętała i zakręciła kurek z wodą. Ale jakby w formie przeciwwagi przygnała ciepłe, gorące wręcz, powietrze gdzieś znad Sahary. Jeszcze tydzień wcześnie drżeliśmy z zimna, teraz ledwo oddychamy w ciepłym, lepkim powietrzu.

Pojechałem do Rud w dość nietypowym czasie, w czwartek. Wszyscy w pracy a ja na rowerze. I dobrze tak. Wyjechałem z Gliwic wprost na rozległe pola między Ostropą a Kozłowem i skrajem Lasu Żyznawa, Karłowca, mijając szybko bioklimaty obór w Łanach  Wielkich docieram przez Rachowice do Łączy.
Ostatnio tędy najczęściej wyjeżdżam z Gliwic. Po krótkim odpoczynku przy, nieczynnej jeszcze o tej godzinie, "Stanicy Myśliwskiej" ruszam dalej. Jadę w zalane gorącym słońcem pożarzyska. Wyjeżdżam kamienistą i pełną kurzu Kotlarską a potem skręcam w lewo w Szpanweg. Wdrapuję się na najwyższe wzniesienie z nadzieją na szybki zjazd aż do samych brzegów Bierawki. Niestety nic z tego. Silny wiatr z południa, gorący i suchy robiący z języka w gardle suchy kołek, wieje mi prosto w twarz. Klasyczny wmordewind, na tyle mocny że trzeba było kręcić nogami nawet na zjeździe.

Docieram do Magdalenki, rozgrzany i wysuszony. Mam jeszcze co nieco wody  w bidonie ale coraz tego mniej a i temperatura tejże wody niezbyt zachęcająca. Jest wcześnie, nie mam złudzeń: "Unter den Linden" na Brantołce będzie jeszcze zamknięte. Ale na szczęście sklepów jest tam moc, coś się zimnego kupi. Droga z Magdalenki do Rud jest w tych warunkach straszna. I to zarówno część wysypana czerwonym łupkiem jak i kawałek asfaltowy. I znowu idzie niemal prosto na południe, znów słońce prosto w oczy. Na szczęście las tu już wyższy niźli na Szpanwegu to i wiatr nie wieje tak okrutnie w twarz.

Po dłuższym popasie nad stawem w parku poklasztornym  ruszam w drogę powrotną. Jadę do Ochojca. Jadę, a właściwie powłóczę nogami. Niestety rady niema: Ochojec jest wyżej niż Rudy. Z Ochojca kieruję się do Pilchowic, drogą niby przez las ale niewiele dający wytchnienia w upale. Droga w miejscami zniszczona, przed samymi Pilchowicami, tak mniej więcej od bunkra "sonderstellung" dość mocno przeryta i spłukana ostatnimi, majowymi ulewami.

Z Pilchowic wracam w kierunku Nieborowic leśną drogą  wzdłuż dawnej trasy kolejki wąskotorowej. Z torów nic już nie zostało, najbardziej widoczny w chaszczach jest jeszcze stary przepust. Stary, zniszczony, trzymający się chyba siłą przyzwyczajenia. Droga niestety z roku na rok jest bardziej parszywa, a teraz po tych deszczach to już żal pisać. Przejeżdżam przez Nieborowice, w Żernicy zatrzymuję się na chwilę pod zabytkowym, drewnianym kościołem p.w. św. Michała Archanioła. Do Gliwic dojeżdżam od strony Sikornika, jestem wykręcony jak stara szmata, na zjeździe z pól do miasta nie mam nawet siły depnąć szybciej by poczuć wiatr we włosach. Zresztą po co skoro powietrze ciepłe i lepkie i żadnej ochłody nie daje.

Gliwice - Łany Wielkie - Rachowice - Łącza - Magdalenka - Rudy Wielkie - Ochojec - Pilchowice - Nieborowice - Żernica - Gliwice
Razem około 72,5 km.


Kaplica św Marii Magdaleny koło Tworoga Małego.

Opactwo w Rudach Wielkich, widok z dawnej grobli biegnącej między stawami do mostu na Rudzie.

Kościół i opactwo w Rudach Wielkich, widok z drogi do Brantołki.

Marne resztki wąskotorówki między Nieborowicami a Pilchowicami. 
Rozsypujący się przepust o ciekawej konstrukcji w formie ceglanego sklepienia. Jeszcze stoi...