niedziela, 15 sierpnia 2010

Przyszowice - Chudów - Borowa Wieś.

niedziela, 15 sierpnia 2010.

Nowe-stare koło w rowerze. Teraz trzeba je przetestować. W sobotę krótka runda honorowa po mieście. W pierwszym kontakcie z moją masą nic nie pękło, nic nie strzeliło. No, pierwszy sukces!.

Pogoda w niedzielny poranek nie rozpieszczała. Deszcze niespokojne i tyle.  I nawet nie wiem kiedy zrobiło się popołudnie.

Ale z popołudniem przestało padać i postanowiłem coś uratować z tego dnia. Jako że po deszczach było mokro i jakoś nie miałem zbytniej ochoty na ubabranie się błotem więc zaplanowałem wycieczkę "asfaltową".
Z Gliwic do Przyszowic, potem do Chudowa, dalej do Borowej Wsi. W Borowej postraszyło lekko ciemnymi chmurami i pociągnąłem prosto do domu.

Wymienione punkty wycieczki to oczywiście stosowne atrakcje warte zobaczenia. W Przyszowicach pałacyk, ostatnimi laty odnowiony, podniesiony wręcz z ruiny. W Chudowie oczywiście zamek, kiedyś ledwie kupa kamieni a dziś niemal jak nowy. W Borowej Wsi piękny, zabytkowy, drewniany kościół.

Pałac w Przyszowicach.
Zamek w Chudowie.
Kościół p.w. Św. Mikołaja w Borowej Wsi.
Wnętrze kościoła w Borowej Wsi.
Krucyfiks przed kościołem w Borowej Wsi.

Tylne koło szlag trafił.

Dziwne to, albo i nie dziwne. Ledwie dwa miesiące temu minęły dwa lata od zakupu roweru a tylne koło poczęło się sypać na potęgę.. Nie było ostatnio wyjazdu bez straty szprychy. Ku...wica mnie brała, jak Bozię kocham, ale nic nie potrafiłem z tym zrobić. Nic bez radykalnych rozwiązań oczywiście.

W piątek machnęliśmy z Witkiem jakieś 55 kilosów. Ot, nieśmiertelna Łącza, potem przez Magdalenkę, Tworóg Mały i Trachy do Gliwic. Wyjazd jak wyjazd, fajnie było. Tyle że w tylnym kole pieprznęły dwie szprych. Tego za wiele, jak na mnie przynajmniej!.

W sobotę kupiłem komplet szprych, stare wywaliłem i zaplotłem koło od nowa. Oczywiście sprawę spieprzyłem bo nie zrobiłem tego odpowiednio precyzyjnie:  tylne koło jest odsunięte od osi roweru o jakieś 4-5 mm. Ale po dwóch próbach terenowych można z lekka nieśmiałością przyznać że koło trzyma się kupy. I to chodziło.

W zimie poprawię te koło, ale oznacza to że trzeba je będzie pleść od nowa bo z powodu beznadziejnych kluczy (jednak za całkiem nie małe pieniądze kupionych) większość nypli jest niemiłosiernie skancerowana i raczej trudno będzie je powtórnie wykorzystać. Ale ta zabawa to dopiero na długie zimowe wieczory. Teraz trzeba jeździć.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Barania Góra, widokowa góra.

8 sierpnia 2010.

Pogoda tego weekendu nie rozpieszczała. W sumie może nie najgorzej ale zdecydowanie niepewnie. Tak właśnie było. Przez chwilę słońce a chwilę później nagły deszcz.

Sobotę zajęła mi jakaś idiotyczna praca nad jakimś idiotycznym projektem jakichś idiotycznych przepustów pod jeszcze bardziej idiotyczną obwodnicą jakiegoś idiotycznego miasta. Dzień stracony.
Pozostała niedziela do uratowania. Planowałem jakiś wypadzik z rowerkiem na Jurę. Ale pokapujący deszczyk jakoś mnie zniechęcił do roweru. Postanowiłem pojechać w góry. W górach można iść nawet jak pada deszcz. Wprawdzie człowiek jest wtedy mokry jak szczur ale i tak to lepsze niż błoto rozbryzgane z rowerowych kół, wciskające się w zęby i pod powieki oczu.

Podjechałem do Wisły Czarnego. Zaparkowałem auto i zacząłem podchodzić doliną Białej Wisełki na Baranią Górę. Zrazu delikatnie i po asfalcie, potem coraz bardziej w górę. Minąłem kaskady Rodła i wkrótce pod szczytem, już na terenie rezerwatu szlak zrobił się bardzo przyjemny. Podszczytowy trawers Baraniej zawsze uważałem za jeden z ładniejszych w Beskidzie Śląskim.

Na szczycie pobojowisko. Dziś to wprawdzie już mały pikuś ale straty widać jak na dłoni. A pamiętam jeszcze nieodległe czasy gdy cały szczyt Baraniej Góry porastał las. Dziś niestety z lasu zostało tylko wspomnienie, ot przyszedł mocniejszy wiaterek od południa i położył cały łan lasu od Kamesznicy aż po sam szczyt. Tak więc Barania Góra jest dziś bardzo widokowa, i to nawet bez wchodzenia na wieżę widokową.

Ze szczytu zszedłem przez Magurkę Wiślańską, Zielony Kopiec i grzbiet Cieńkowa.

Wysoko na szczytach opatulonych chmurami padał lekki deszczyk. Na szczęście nie cały czas, były bowiem chwile kiedy wiatr rozwiewał szare mleko i ukazywały się całkiem odległe widoki. Na Pilsko, na Babią Górę.

Kaskady Rodła w Dolinie Białej Wisełki.
Trawers północnych stoków Baraniej Góry.

Pobojowisko na szczycie Baraniej Góry. Widoki jednak szerokie i piękne.

Widok w stronę grzbietu opadającego z Magurki Radziechowskiej w stronę Węgierskiej Górki. W oddali Babia Góra.

Dolina Twardorzeczki.

Na grzbiecie Cieńkowa.

Mój pierwszy raz ... w SPD

10 sierpnia 2010.

Dziś był mój pierwszy raz. Pierwszy raz w SPD.
Zamówiłem buty, zapłaciłem, kurier przywiózł pod drzwi. Turystyczne pedały z jednostronnymi zatrzaskami kupiłem na mieście. Założyłem pedały do roweru. Przykręciłem bloki do butów.

Ogarnął mnie lekki strach oto jak to będzie. Teraz będę całkiem zespolony z rowerem. Przypięty jakby kajdanami. Jak nie zdążę się wypiąć to spektakularna gleba i tyle.

Nie było źle. Zacząłem delikatnie, powolutku i bez wariactw. Udało mi się uniknąć wywrotki. Ale nogi bolą od wysiłku jakby inaczej. Ale się przyzwyczają. Będzie dobrze.

sobota, 7 sierpnia 2010

Wyjazd jednego zdjęcia.

1 sierpnia 2010.

Niedzielna przejażdżka na rowerach w lasy wokół Gliwic. Pogoda dość upierdliwa, ciepło, wilgotno i duszno, właściwie żadnego orzeźwienia, nawet w lasach. Przejechaliśmy przez Ostropę, Smolnicę, Trachy do Magdalenki. Dalej Szpanwegiem do Łączy gdzie nadzialiśmy się na wioskowy festyn i mecz futbolowej gauligi. Poziom piłkarski zasadniczo nie odbiegał od serwowanego przez polską reprezentację, kiełbaski z rusztu i piwko natomiast były ekstra. Do domu rowerostradą przez Rachowice i Łany Wielkie. A dlaczego wyjazd jednego zdjęcia? Bo wstyd się przyznać ale aparat przejechał się w plecaku nieużywany, dopiero przed samymi Gliwicami sięgnąłem po niego by ustrzelić zachód słońca. Ale cóż, tyle razy już tymi trasami jeździłem.

St. Annaberg rowerem.

25 lipca 2010.

Pierwszy raz na Annabergu rowerem. Niestety dość cieciowsko bo ledwie z Gogolina. Ale podjazd od strony Zdzieszowic zaliczony.

Trasa: Gogolin - Zakrzów - Żyrowa - Góra Św. Anny - Wysoka - Ligota Górna - Ligota Dolna - Gogolin

Pałac w Żyrowej.

Na dziedzińcu przed Bazyliką.
A w oddali Wyżyna Opolska.

Magurka Wilkowicka na deszczowo.

24 lipca 2010.

Zostaliśmy zaproszeni "w gości" do znajomych w Tychach. A tak bez okazji właściwie... choć może okazją była spora ilość nagromadzonych przez Gospodarza slajdów z różnych wyjazdów , którymi to slajdami chciał się pochwalić. Pogoda tego dnia była nieciekawa. Chwilami popadywało, chmury całkowicie zasłaniały niebo.

Nie chcieliśmy całego dnia spędzić w domu. Postanowiliśmy przed wieczorną wizytą zaliczyć jakiś dłuższy spacer. Wymyśliliśmy sobie Magurkę Wilkowicką. Górka niewielka, w sam raz na deszczowe popołudnie. Podjechaliśmy do Straconki i stamtąd na nogach do schroniska PTTK na szczycie a potem nieco inną drogą w dół do auta. Zlało nas deszczem, na grzbiecie mżyło całkiem porządnie a wiatr i mgła potęgowały mokre wrażenia.