sobota, 17 grudnia 2011

Wodociągi w Maczkach.

W ramach obowiązków zawodowych dane mi było zwiedzić Stację Uzdatniania Wody w Maczkach. Nie była to moja pierwsza bytność w tym zakładzie, jakieś pięć czy sześć lat temu już coś tam projektowaliśmy, jakieś komory rozpływowe z wyposażeniem, zlokalizowane przy, jeszcze przedwojennch, zbiornikach na wodę czystą.
Miałem wtedy, podobnie jak teraz, okazję powłóczyć się między filtrami powolnymi, filtrami pośpiesznymi,  pulsatorami z koagulacją, przepompowniami  z odmulnikami, stacją chlorowania wody i tym podobnymi, dziwnymi ustrojstwami. Fascynujące, nieprawdaż...?
Teraz przypadł mi jakiś taki projektowy drobiazg, ot sprawdzenie czy wykonana nieco po partyzancku konstrukcja nadaje się do czegoś... czy po prostu nadaje się jedynie do wypie...nia. Może drobna sprawa ale wejść pod ziemię trzeba było.

Wodociągi w Maczkach wybudowane zostały jeszcze przed II wojną światową. Powstały wtedy instalacje, filtry i ujęcia wody z rzeki Sztoły. Przy okazji zbudowano osiedle dla pracowników. A w ramach tego osiedla postawiono ciekawy dom mieszkalny. Mimo że stary i nieco zaniedbany, to także dziś robi wrażenie. Taki "drewniany" modernizm.
Dom w Maczkach przy ulicy Wodociągi.
 Więcej o historii SUW Maczki. 

"Cały kraj buduje swoją stolicę"

"Cały kraj buduje swoją stolicę". Cały kraj, a nawet Grecy z J&P AVAX pomagają. Na szczęście nie za darmo. 
Dwie fotki z budowy Drogi Ekspresowej S-8 w Markach. Wzdłuż drogi ekranów akustycznych wyrosło więcej niż drzew. Warszawy z nowej ekspresówki właściwie widać nie będzie. Ale może to i dobrze...
Ekrany akustyczne na obiekcie WŁ1 i WŁ2. A tam, pochwalę się: konstrukcja według mojego projektu.

Ekrany półtunelowe PT-2. Z tymi nie mam nic wspólnego.

wtorek, 13 grudnia 2011

A w górach już zima.

Grudzień 2011.

Jak się okazało była to pierwsza zimowa wycieczka w tym sezonie. Pogoda rewelacyjna. Widoczność niesamowita. Ze szczytu Skrzycznego było widać masyw Wysokiego Jesionika, z najwyższym szczytem, Pradziadem. W prostej linii jest to "ledwie" 136 km.
Skrzyczne - Malinowska Skała - Przełęcz Salmopolska - Kotarz - Szczyrk.

Schronisko PTTK na Skrzycznem.
Widok w stronę Małej Fatry.
W oddali Wysoki Jesionik.

Więcej zdjęć w galerii na Picasie.
Skrzyczne, grudzień 2011

Dąbrówka. Rezerwat leśny "Hubert".

 Listopad 2011.

Niedzielny spacer w ciągle jesiennych warunkach.
Dąbrówka - Rezerwat leśny "Hubert" - Dąbrówka.


Hubert - leśny, częściowy rezerwat przyrody we wsi Dąbrówka w gminie Wielowieś, powołany w celu ochrony fragmentu lasu mieszanego o cechach naturalnych, zachowanego wśród drzewostanów zniekształconych przez gospodarkę człowieka. Rezerwat został utworzony zarządzeniem Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego z dnia 4 kwietnia 1958 r. (M.P. z 1958 r. Nr 38, poz. 226). Ma powierzchnię 14,48 ha i obejmuje oddziały 25a, 25b i 25c Leśnictwa Centawa w Nadleśnictwie Rudziniec.

Rezerwat leży na wysokości 225-230 m n.p.m., w południowo-wschodniej części Równiny Opolskiej, w rozległym kompleksie Borów Stobrawsko-Lublinieckich. Położony jest w dolinie Świbskiej Wody (zlewisko Małej Panwi). Podłoże geologiczne budują wapienie środkowego triasu, przykryte pokrywą osadów czwartorzędowych, złożonych z plejstoceńskich piasków rzecznych i polodowcowych. Rzeźba terenu ma charakter równinny.

Dominującym zespołem roślinnym w rezerwacie jest grąd subkontynentalny w wariancie typowym, jedynie na lokalnych, niewielkich wzniesieniach w północno-wschodniej części rezerwatu wykształciła się postać przejściowa do kontynentalnego boru mieszanego. Warstwę drzew budują głównie Sosna zwyczajna (blisko 65 %) i dąb szypułkowy (blisko 35 %) w wieku od 130 do 160 lat. Towarzyszą im nieliczne buki, jawory i klony, które w wielu przypadkach mają wymiary drzew pomnikowych.

Na obszarze rezerwatu stwierdzono występowanie 107 gatunków roślin naczyniowych (wśród nich 83 % to gatunki leśne i zaroślowe), 33 gatunków mchów i 2 gatunków wątrobowców. Spośród chronionych roślin naczyniowych występują tu: bluszcz pospolity, konwalia majowa, kopytnik pospolity, kruszyna pospolita, marzanka wonna i pierwiosnka wyniosła. Z roślin rzadkich rosną tu m. in. czerniec gronkowy, dziewięciornik błotny, kokorycz pełna i malina moroszka.

Fauna rezerwatu obejmuje 56 gatunków kręgowców oraz blisko 200 gatunków bezkręgowców.


za Wikipedią

Potrójna.

Grudzień 2011.

Jesienny, dwudniowy wyjazd w bliskie nam Beskidy. Pod pretekstem slajdowiska. Pogoda szara i nijaka. Wyjazd jakiś taki nostalgiczno depresyjny, a w niedzielę z racji porannych, esemesowych wiadomości po prostu smutny.
Porąbka - Trzonka - Przełecz Targanicka - Przełęcz Kocierska - Potrójna, na drugi dzień zejście do Rzyk.
Przed "Chatą na samiusieńkim szczycie Potrójnej".

Dolina Praciaków.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

K. M.
13.05.1959 - 4.12.2011

['] 


...(Kiedy jak buki na mróz...)

Gdy serce pęknie na mróz
Jak w zimie buki pękają
Połóżcie mnie na wóz
Niech jedzie furka pejzażu

Niech wywiezie mnie z miasta
Gotycki kurnik toczy trąd
Tam nie ma komu podać
Żadnej z dwóch czystych rąk

Połóżcie mnie na wóz
Z widokiem na Bieszczady
Na wielki pożar gór
Na Rawkę i Stuposiany

Za wozem nikt nie pójdzie
Deszczyk wszystko pokropi
I konie same ruszą
Bo znają moje drogi

Jerzy Harasymowicz


------------------------------------

środa, 16 listopada 2011

Babia Góra, 1725m npm.

Listopad 2011.

Z długiego weekendu listopadowego w górach udało się spędzić tylko jeden dzień.
Wycieczka pod względem widoków bardzo udana, mogła by kilka podobnych obdzielić i to z nadmiarem.
Trasa niezbyt ambitna bo zaledwie Diablak z Krowiarek a powrót przez Markowe Szczawiny, ale może i dobrze bo więcej czasu było na podziwianie odległych krajobrazów, zarówno w Polsce jak i na Słowacji.
Widać było wszystkie Tatry, obie Fatry i jakąś połowę Beskidów Zachodnich.



poniedziałek, 7 listopada 2011

Rowerem nad Morze Rybnickie.

Pogoda tegoż listopada niezmiennie dobra. Drugi listopadowy weekend jeszcze cieplejszy od pierwszego. Tak więc rower do bagażnika samochodu i za miasto. Czy to ostatnie podrygi jesieni?

Pilchowice - Ochojec - Buglowiec - Stodoły - Zwonowice - Wildeck - Brantołka - Pilchowice (6 listopada 2011)


piątek, 4 listopada 2011

Bumbalka

Sierpień 2011.

Krótka, jednodniowa wycieczka w Beskidy Śląsko-Morawskie i Jaworniki. Niezbyt ekscytująca trasa lesistym grzbietem, bez znaczniejszych punktów w terenie. Ale przynajmniej w górach i na świeżym powietrzu. Upał jednak był dość upierdliwy.

Ale pomnik partyzanta zacny...

Bumbalka  - okolice Wielkiego Jawornika (trochę Republiki Czeskiej, trochę Słowacji).

Uwaga rzucam!
(Stielhandgranate 39 mit Brennzünder 39)

Wielka Czantoria - Stożek

Wrzesień 2011.

Jednodniowa wycieczka na powitanie nowego roku szkolnego. To znaczy: kto witać musiał nowy rok szkolny ten witał ale w górach byli wszyscy. Pogoda piękna, tak piękna jakiej chyba przez całe wakacje nie było. Widoki niezbyt odległe ale z wieży na Czantorii można było dojrzeć małofatrzańskiego Rozsutca.

Wielka Czantoria - Przełęcz Beskidek  - Szoszów Wielki - Mały Stożek - Kobyla - Wisła Dziechcinka.




środa, 2 listopada 2011

Jura. Okolice Smolenia i Pilicy.

Lipiec 2011.

Rowerowa przejażdżka lasami Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Trochę po piaszczystych drogach, trochę po drogach kamienistych. Wpierw nieco nudno z Ogrodzieńca, potem za Żelaskiem i Ryczowem coraz ciekawiej. W okolicach Smolenia już całkiem przyjemnie. Na sennym rynku Pilicy odpoczynek w knajpce przy obiadku. Powrót przez zatłoczone samochodami Podzamcze.

Ogrodzieniec - Żelasko - Smoleń - Pilica - Podzamcze - Ogrodzieniec.


Smoleń. Widok z drogi do Pilicy...
... i ten sam Smoleń z poziomu zboża.

Złota jesień

Październik/listopad 2011.

Przedłużony o Wszystkich Świętych weekend przełomu października i listopada A.D.2011 pod względem pogody był rewelacyjny. Słoneczna pogoda i wysokie jak na tę porę roku temperatury powietrza wręcz wyciągały z domu.
Udało się zrealizować dwie wycieczki rowerowe, może niezbyt długie, ale przyjemne i sycące oczy barwami jesieni.
  1. Gliwice - Łany Wielkie - Brzezinka - Ligota Łabędzka - Gliwice. (30 października 2011)
  2. Rudy Raciborskie - Kuźnia Raciborska - Schlossberg - Rudy Raciborskie. (1 listopada 2011)

Las w okolicach Brzezinki.

Za Brantołką koło Rud Raciborskich.

Droga na Schlossberg.

Droga do Kuźni Raciborskiej.

Brda i Bory Tucholskie.

Brda i Bory Tucholskie, sierpień 2011.

Zapraszam do nowych galerii na Picasie. Tym razem gór jakby mniej a wody więcej.

Spływ kajakowy Brdą.
Pogoda tego lata nie dopisała. Nawet zazwyczaj pogodny sierpień w tym roku lał wodą z nieba. Plan spływu był dość ciekawy - jakieś 100 km spływu Brdą. Jak najbardziej możliwy do zrealizowania, tyle że przy dobrej pogodzie. Niestety deszcz padał właściwie codziennie a słońce przebijało się przez chmury zaledwie incydentalnie. Zwodowaliśmy się w Swornegaciach i popłynęliśmy w dół Brdzy. Pierwszy nocleg wypadł na małym, można rzec dzikim, polu namiotowym koło Męcikału, na Jeziorze Kosobudno. Ciągły deszcze dni następnego spowodował że nie przepłynęliśmy ni kilometra i pierwszy biwak stał się także drugim. Dnia trzeciego pogoda odpuściła, rewelacji nie było ale przynajmniej nie padało z nieba. Oczywiście do czasu - wieczorem gwałtowna ulewa zlała nas tuż przed samym wyjściem na brzeg. Tego dnia minęliśmy zaporę w Mylofie a na nocleg rozbiliśmy się w Stanicy PTTK "Zielony Wiatr" koło Nadolnej Karczmy. Dnia następnego ledwie podsuszeni popłynęliśmy dalej mając nadzieję dopłynąć do Gołąbka. Przed Woziwodą zaczęło padać. W samej Woziwodzie lunęła ulewa. Blisko godzina totalnego oberwania chmury. Wszystko mokre w kajakach. Pękliśmy...

Swornegacie - jez. Witoczno - jez. Łąckie - jez. Dybrzk - jez. Kosobudno - Mylof - Nadolna Karczma - Woziwoda. Przybliżony dystans 45 km. 3 dni na wodzie.

Brda, sierpień 2011

Park Narodowy "Bory Tucholskie".
W ramach suszenia szmat po niezbyt udanym spływie spędziliśmy dwa dni w Małych Swornegaciach. Ośrodek Ministerstwa Sprawiedliwości w którym mieszkaliśmy graniczył przez płot z Parkiem Narodowym "Bory Tucholskie". Oczywiście zrobiliśmy z tego bliskiego sąsiedztwa przyjemny, pieszy użytek.

Małe Swornegacie - Kacze Oko / Struga Siedmiu Jezior - Bachorze - jez. Gacno Wielkie - Pętla Lipnickiego - Małe Swornegacie - około 18 km
.
PN Bory Tucholskie, sierpień 2011

Chorągiewka Pułaskiego.

Lackowa 997 m npm. Czerwiec 2001.

W końcu po wielu, wielu latach udało mi się wyrównać rachunki z Lackową. Trwało to strasznie długo, zawsze coś powodowało że szczyt pozostawał z boku.W końcu wiosną tego roku, korzystając z gościnności przyjaciela mającego w Wysowej domek udało się nadrobić zaległości. A że domek stoi na stokach Cigelki to wycieczka zaczęła się już od przekroczenia progu drzwi.

Wysowa - Cigelka - Ostry Wierch - Lackowa - Ostry Wierch - Huta Wysowska  - Wysowa.





poniedziałek, 30 maja 2011

Góry Izerskie.

Maj 2011.

I w końcu po krótkiej wiośnie przyszło lato. Oczywiście nie astronomiczne czy kalendarzowe: do tego jeszcze daleko. Ma się rozumieć meteorologiczne. Druga połowa maja zrobiła się naprawdę słoneczna i gorąca.

Wyjazd majowy planowaliśmy od dawna, od dawna przeróżnego rodzaju przeszkody starały się nam go zniweczyć. Pomysły były różne i ambitne. Jakaś Ukraina i Bieszczady Skolskie... Guzik z pętelką.

Z braku czasu padło na Góry Izerskie. Trochę to co po polskiej stronie granicy, trochę to co już w Czechach.
Samochód postawiliśmy w Szklarskiej Porębie na jakimś parkingu i po szybkim jedzonku rzuciliśmy się na szlak w kierunku Wysokiego Kamienia. Trasa pierwszego dnia pokrywała się w stu procentach z trasą jaką zrobiłem cztery lata wcześniej, w październiku 2007 roku. Tyle że teraz było coś widać bowiem wtedy przedwczesna zima, mgła a wręcz zamieć śnieżna skutecznie pozbawiła mnie widoków. Tak więc trasa, którą podążaliśmy, mimo że dublowana była dla mnie nowością. Przez Hutniczą Górkę trawersem na Wysoki Kamień.

Z Wysokiego Kamienia pierwsze szerokie widoki na okoliczne góry. Karkonosze jak na dłoni, na północy Kotlina Jeleniogórska. No i kamienny "hogwart" na szczycie - odnowiony, czy może dokładniej zbudowany na nowo schron-knajpa.

Dalej przez Zwaliska i tereny nieczynnej (już chyba) kopalni kwarcu przedreptaliśmy do rozdroża pod Cichą Równią. Teren kopalni wyglądał jakby żywcem wyjęty z jakiegoś spaghetti-westernu: posępne ruiny pomiędzy hałdami kamienistego urobku, wszystko zalane palącym słońcem.

Na nocleg zwaliliśmy się do Orla. Miejsc do spania nie było, gospodarz zaproponował "stryszek". Przystaliśmy na propozycję - i tak więc mieliśmy spanie pod suszącym się praniem, pomiędzy prześcieradłami i gaciami. Zaoszczędzone pieniążki poszły w bufet.


---
Nazajutrz wczesnym świtem, tak gdzieś koło południa, przekroczyliśmy granicę na moście nad Izerą i pomaszerowaliśmy w upale do Jizerki. Upał był sakramencki ale w Jizerce barman potrafił tak nalać Svijany że piana układała się jak lody włoskie. Dokładnie tak właśnie.



Tego dnia po raz pierwszy pożałowaliśmy że przyjechaliśmy zwiedzać te góry "zu fuss". Nasza dalsza trasa w stronę Smedavy wiodła chamskimi drogami trawersującymi obłe szczyty, drogami w większości wylanymi asfaltem lub wyłożonymi żelbetowymi płytami. Za Smedavą droga się poprawiła nieco, niestety nie na długo. Jedynie szczyt Jizery to akcent jakby normalniejszy. Wychodzi na to że trzy napotkane rzopiki to były najważniejsze atrakcje tego dnia. Na nocleg rozwaliliśmy się  w lesie, gdzieś nieopodal Cihadla.

---
Nazajutrz zeszliśmy w dół w stronę Hejnic. Góry z racji nudnych dróg przestały się nam podobać. Taki kryzys moralny nas dopadł, i to mimo tego że właśnie tego dnia mieliśmy po drodze Frýdlantské cimbuří. Skały, kamienisty szlak w głębokim wąwozie, huczący wodospad. A potem w Hejnicach, Bilym Potoku kaskada zimnego, czeskiego piwa.



Na nocleg chcieliśmy się  umościć gdzieś w okolicy Hubertki, praktycznie wyszło dopiero na Tisinach. Jakoś tak się złożyło ze namiot stanął ledwie kilka centymetrów poza skrajnią jezdni.

---
Nazajutrz pobudka dość wczesną godziną, wymuszona po trosze, a może i głównie, przez przejeżdżające samochody pracowników leśnych. Na Smrk było z tego miejsca dość blisko, ze trzy kilometry ledwie. Na szczycie "nowomoderna" wieża widokowa: stal, kraty pomostowe czyli wszystko to co lubię w tej kwestii.
Widok z wieży jednak rozległy, mimo wiszącej w powietrzu parnej mgiełki.


Do kraju "krzyży i brzóz smoleńskich" wróciliśmy na Stogu Izerskim. Po jakimś, w sumie dość wczesnym, obiedzie ruszyliśmy w dolinę Izery, by w końcu, przez Izerskie Bagno, Izerską Halę dotrzeć ponownie do Orla. Tym razem nie było ani jednego turysty nocującego w schronisku - mimo to zażądaliśmy stryszku. Zaoszczędzone pieniążki poszły w bufet.

---
Zejście do Szklarskiej a właściwie ledwie do Jakuszyc na Przełęcz Szklarską - to wszystko na co zdobyliśmy sie ostatniego dnia. Ale w sumie co tu innego zrobić, tym bardziej że część naszej grupy uderzyła na Szrenicę by w ciągu następnych trzech dni przejść Karkonosze aż po Przełęcz Okraj i zejść do Kowar. Ale to już nie mnie spotkało, mój czas wolny dobiegł końca i trzeba było wracać do roboty.

Więcej zdjęć w galerii na Picasie:

niedziela, 29 maja 2011

Wiosna w Rachowicach.

Kwiecień 2011.

Po długiej zimie w końcu zrobiło się ciepło i słonecznie. Już najwyższy był na to czas.
Czas także by w końcu skierować obiektyw aparatu fotograficznego na jakieś zieloności. Soczyste i jasne, poprzeplatane zółtościami kwiatów.
Tak na dobry początek.

Fotki ustrzelone w Rachowicach w czasie świąt wielkanocnych, w czasie spaceru po tamtejszej ścieżce przyrodniczej.


wtorek, 17 maja 2011

Kryzys fotograficzny.

I nie tylko fotograficzny. Ale ten najbardziej widoczny... to znaczy właściwie niewidoczny. Niewidoczny bo nic nie ma do oglądania.

Ostatnimi czasy aparat fotograficzny z całym tym przynależnym mu bałaganem służy li tylko celom zarobkowym. Ale od razu szybko i głośno zaznaczę: nie jestem fotografem ślubno-kotleciarskim!  Aparatu używam do wspomagania się w różnego rodzaju inwentaryzacjach wszelkiej maści obiektów budowlanych, które przyszło mi przeprojektowywać lub oceniać pod względem stanu technicznego.

Tak więc zamiast zielonych górskich hal na matrycy częściej uwieczniam hale fabryczne. Tak jak ta na zdjęciu: nawa nr V w Fabryce Wentylatorów "Fawent" w Chełmie Śląskim. Suwnice zasuwają po niej jak firanki, jedna za drugą. A będą jeszcze większe, o większym jeszcze udźwigu. Konstrukcja hali to zniesie. Przeliczyliśmy to.

piątek, 25 marca 2011

Błatnia.

Listopad 2010.

Siłą rozpędu wrzucę jeszcze krótką relację z wycieczki na Błatnią. Wszystkich Świętych w trochę inny sposób. Najpierw góry, potem cmentarz w Cieszynie. Weszliśmy na Błatnią z Brennej. W schronisku jakieś jedzenie, chwila odpoczynku. Szybkie zejście i skok do Cieszyna by jeszcze zdążyć zapalić świeczkę na grobach dziadków.

"Każdemu jego Everest" - St. Annaberg (406 m npm)

Luty 2011.

Dzieci pojechały na kinderbal! A jak nie ma w domu dzieci...? To jesteśmy niegrzeczni!
Zaledwie pół , krótkiego, lutowego dnia. Tyle dostaliśmy od życia. W Beskidy zbyt daleko, na Jurę także.
Pomysł jaki nam wpadł do głowy jest z gatunku tych idiotycznych, na pierwszy rzut oka idiotycznych, po namyśle wcale nie mądrzejszych.

Góra Świętej Anny. Zazwyczaj masa ludzi, jeszcze więcej samochodów. Strach pomyśleć. Ale tym razem okazało się że wygląda to inaczej. Zostawiliśmy samochód na rynku w Leśnicy. Mróz ściskał ziemię coraz mocniej. Weszliśmy na szczyt drogami pątniczymi, między kaplicami Drogi Krzyżowej. Weszliśmy na dziedziniec pod bazyliką gdy już zmierzchało. W kościele pobrzmiewała msza święta. Postanowiliśmy odczekać w pobliskiej knajpce przy ciepłej herbacie. Trzy kwadranse później byliśmy w kościele. Byliśmy sami. Tak! Tylko my! Takie coś w bazylice na Annabergu zdarza sie chyba tylko raz w życiu. Przynajmniej jak się jest po tej, świeckiej, stronie klasztornej furty.
Zejście do Leśnicy już całkowicie po ciemku.
St. Annaberg zdobyty i to zimą. Ech, niesamowite... ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.

Zdzieszowice, widok z podejścia na Górę Świętej Anny.

Skute mrozem pola.

Zdzieszowice raz jeszcze - tym razem w nocnej scenerii.

Łysogóry 2011.

Luty 2011.

I nadszedł ten straszny rok w którym większość naszego towarzystwa będzie, mniej lub bardziej hucznie, świętować swoje czterdziestki. Pierwszy do strzyżenia, jak co roku zresztą, jest Murzyn. Propozycja brzmiała: "Świętokrzyskie"!

Termin wyjazdu niestety nie zyskał uznania w Niebiesiech i łaziliśmy po Łysogórach w totalnej odwilży i chlapie.
Dzień krótki, warunki pogodowe fatalne więc osiągnięcia wspinaczkowe w sumie marne. Wgramoliliśmy się na Łysicę ze Świętej Katarzyny, zeszliśmy do Kakonina. Drugiego dnia klasztor na Świętym Krzyżu. Takie mokre, mgliste świętokrzyskie "mocne punkty".

Skisłe błocka szkieletczyzny.

Na samym szczycie - Łysica.

Pola, gdzieś koło Kakonina.

Gołoborze. Przysypane śniegiem wrażenia nie robi.

Telekomuna na Świętym Krzyżu.

Detal fasady kościoła na Świętym Krzyżu.

Kościół na Świętym Krzyżu, więcej nie było widać!