piątek, 25 marca 2011

Błatnia.

Listopad 2010.

Siłą rozpędu wrzucę jeszcze krótką relację z wycieczki na Błatnią. Wszystkich Świętych w trochę inny sposób. Najpierw góry, potem cmentarz w Cieszynie. Weszliśmy na Błatnią z Brennej. W schronisku jakieś jedzenie, chwila odpoczynku. Szybkie zejście i skok do Cieszyna by jeszcze zdążyć zapalić świeczkę na grobach dziadków.

"Każdemu jego Everest" - St. Annaberg (406 m npm)

Luty 2011.

Dzieci pojechały na kinderbal! A jak nie ma w domu dzieci...? To jesteśmy niegrzeczni!
Zaledwie pół , krótkiego, lutowego dnia. Tyle dostaliśmy od życia. W Beskidy zbyt daleko, na Jurę także.
Pomysł jaki nam wpadł do głowy jest z gatunku tych idiotycznych, na pierwszy rzut oka idiotycznych, po namyśle wcale nie mądrzejszych.

Góra Świętej Anny. Zazwyczaj masa ludzi, jeszcze więcej samochodów. Strach pomyśleć. Ale tym razem okazało się że wygląda to inaczej. Zostawiliśmy samochód na rynku w Leśnicy. Mróz ściskał ziemię coraz mocniej. Weszliśmy na szczyt drogami pątniczymi, między kaplicami Drogi Krzyżowej. Weszliśmy na dziedziniec pod bazyliką gdy już zmierzchało. W kościele pobrzmiewała msza święta. Postanowiliśmy odczekać w pobliskiej knajpce przy ciepłej herbacie. Trzy kwadranse później byliśmy w kościele. Byliśmy sami. Tak! Tylko my! Takie coś w bazylice na Annabergu zdarza sie chyba tylko raz w życiu. Przynajmniej jak się jest po tej, świeckiej, stronie klasztornej furty.
Zejście do Leśnicy już całkowicie po ciemku.
St. Annaberg zdobyty i to zimą. Ech, niesamowite... ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.

Zdzieszowice, widok z podejścia na Górę Świętej Anny.

Skute mrozem pola.

Zdzieszowice raz jeszcze - tym razem w nocnej scenerii.

Łysogóry 2011.

Luty 2011.

I nadszedł ten straszny rok w którym większość naszego towarzystwa będzie, mniej lub bardziej hucznie, świętować swoje czterdziestki. Pierwszy do strzyżenia, jak co roku zresztą, jest Murzyn. Propozycja brzmiała: "Świętokrzyskie"!

Termin wyjazdu niestety nie zyskał uznania w Niebiesiech i łaziliśmy po Łysogórach w totalnej odwilży i chlapie.
Dzień krótki, warunki pogodowe fatalne więc osiągnięcia wspinaczkowe w sumie marne. Wgramoliliśmy się na Łysicę ze Świętej Katarzyny, zeszliśmy do Kakonina. Drugiego dnia klasztor na Świętym Krzyżu. Takie mokre, mgliste świętokrzyskie "mocne punkty".

Skisłe błocka szkieletczyzny.

Na samym szczycie - Łysica.

Pola, gdzieś koło Kakonina.

Gołoborze. Przysypane śniegiem wrażenia nie robi.

Telekomuna na Świętym Krzyżu.

Detal fasady kościoła na Świętym Krzyżu.

Kościół na Świętym Krzyżu, więcej nie było widać!

Długa przerwa.

Aż wstyd! Moja blogowa przerwa dobiła niemal sześciu miesięcy.
Organizacja nowego biura firmy a do tego masa bieżącej pracy projektowej. Czasu wolnego i sił na tworzenie bloga jakoś nie było.

Na szczęście nadchodzi wiosna! Rower już przygotowany do sezonu. Plecak połatany. Miejmy nadzieję że razem z wypadów i wycieczek będzie coraz więcej, ... i wpisów na stronie także.