piątek, 25 marca 2011

"Każdemu jego Everest" - St. Annaberg (406 m npm)

Luty 2011.

Dzieci pojechały na kinderbal! A jak nie ma w domu dzieci...? To jesteśmy niegrzeczni!
Zaledwie pół , krótkiego, lutowego dnia. Tyle dostaliśmy od życia. W Beskidy zbyt daleko, na Jurę także.
Pomysł jaki nam wpadł do głowy jest z gatunku tych idiotycznych, na pierwszy rzut oka idiotycznych, po namyśle wcale nie mądrzejszych.

Góra Świętej Anny. Zazwyczaj masa ludzi, jeszcze więcej samochodów. Strach pomyśleć. Ale tym razem okazało się że wygląda to inaczej. Zostawiliśmy samochód na rynku w Leśnicy. Mróz ściskał ziemię coraz mocniej. Weszliśmy na szczyt drogami pątniczymi, między kaplicami Drogi Krzyżowej. Weszliśmy na dziedziniec pod bazyliką gdy już zmierzchało. W kościele pobrzmiewała msza święta. Postanowiliśmy odczekać w pobliskiej knajpce przy ciepłej herbacie. Trzy kwadranse później byliśmy w kościele. Byliśmy sami. Tak! Tylko my! Takie coś w bazylice na Annabergu zdarza sie chyba tylko raz w życiu. Przynajmniej jak się jest po tej, świeckiej, stronie klasztornej furty.
Zejście do Leśnicy już całkowicie po ciemku.
St. Annaberg zdobyty i to zimą. Ech, niesamowite... ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.

Zdzieszowice, widok z podejścia na Górę Świętej Anny.

Skute mrozem pola.

Zdzieszowice raz jeszcze - tym razem w nocnej scenerii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój komentarz...