poniedziałek, 30 maja 2011

Góry Izerskie.

Maj 2011.

I w końcu po krótkiej wiośnie przyszło lato. Oczywiście nie astronomiczne czy kalendarzowe: do tego jeszcze daleko. Ma się rozumieć meteorologiczne. Druga połowa maja zrobiła się naprawdę słoneczna i gorąca.

Wyjazd majowy planowaliśmy od dawna, od dawna przeróżnego rodzaju przeszkody starały się nam go zniweczyć. Pomysły były różne i ambitne. Jakaś Ukraina i Bieszczady Skolskie... Guzik z pętelką.

Z braku czasu padło na Góry Izerskie. Trochę to co po polskiej stronie granicy, trochę to co już w Czechach.
Samochód postawiliśmy w Szklarskiej Porębie na jakimś parkingu i po szybkim jedzonku rzuciliśmy się na szlak w kierunku Wysokiego Kamienia. Trasa pierwszego dnia pokrywała się w stu procentach z trasą jaką zrobiłem cztery lata wcześniej, w październiku 2007 roku. Tyle że teraz było coś widać bowiem wtedy przedwczesna zima, mgła a wręcz zamieć śnieżna skutecznie pozbawiła mnie widoków. Tak więc trasa, którą podążaliśmy, mimo że dublowana była dla mnie nowością. Przez Hutniczą Górkę trawersem na Wysoki Kamień.

Z Wysokiego Kamienia pierwsze szerokie widoki na okoliczne góry. Karkonosze jak na dłoni, na północy Kotlina Jeleniogórska. No i kamienny "hogwart" na szczycie - odnowiony, czy może dokładniej zbudowany na nowo schron-knajpa.

Dalej przez Zwaliska i tereny nieczynnej (już chyba) kopalni kwarcu przedreptaliśmy do rozdroża pod Cichą Równią. Teren kopalni wyglądał jakby żywcem wyjęty z jakiegoś spaghetti-westernu: posępne ruiny pomiędzy hałdami kamienistego urobku, wszystko zalane palącym słońcem.

Na nocleg zwaliliśmy się do Orla. Miejsc do spania nie było, gospodarz zaproponował "stryszek". Przystaliśmy na propozycję - i tak więc mieliśmy spanie pod suszącym się praniem, pomiędzy prześcieradłami i gaciami. Zaoszczędzone pieniążki poszły w bufet.


---
Nazajutrz wczesnym świtem, tak gdzieś koło południa, przekroczyliśmy granicę na moście nad Izerą i pomaszerowaliśmy w upale do Jizerki. Upał był sakramencki ale w Jizerce barman potrafił tak nalać Svijany że piana układała się jak lody włoskie. Dokładnie tak właśnie.



Tego dnia po raz pierwszy pożałowaliśmy że przyjechaliśmy zwiedzać te góry "zu fuss". Nasza dalsza trasa w stronę Smedavy wiodła chamskimi drogami trawersującymi obłe szczyty, drogami w większości wylanymi asfaltem lub wyłożonymi żelbetowymi płytami. Za Smedavą droga się poprawiła nieco, niestety nie na długo. Jedynie szczyt Jizery to akcent jakby normalniejszy. Wychodzi na to że trzy napotkane rzopiki to były najważniejsze atrakcje tego dnia. Na nocleg rozwaliliśmy się  w lesie, gdzieś nieopodal Cihadla.

---
Nazajutrz zeszliśmy w dół w stronę Hejnic. Góry z racji nudnych dróg przestały się nam podobać. Taki kryzys moralny nas dopadł, i to mimo tego że właśnie tego dnia mieliśmy po drodze Frýdlantské cimbuří. Skały, kamienisty szlak w głębokim wąwozie, huczący wodospad. A potem w Hejnicach, Bilym Potoku kaskada zimnego, czeskiego piwa.



Na nocleg chcieliśmy się  umościć gdzieś w okolicy Hubertki, praktycznie wyszło dopiero na Tisinach. Jakoś tak się złożyło ze namiot stanął ledwie kilka centymetrów poza skrajnią jezdni.

---
Nazajutrz pobudka dość wczesną godziną, wymuszona po trosze, a może i głównie, przez przejeżdżające samochody pracowników leśnych. Na Smrk było z tego miejsca dość blisko, ze trzy kilometry ledwie. Na szczycie "nowomoderna" wieża widokowa: stal, kraty pomostowe czyli wszystko to co lubię w tej kwestii.
Widok z wieży jednak rozległy, mimo wiszącej w powietrzu parnej mgiełki.


Do kraju "krzyży i brzóz smoleńskich" wróciliśmy na Stogu Izerskim. Po jakimś, w sumie dość wczesnym, obiedzie ruszyliśmy w dolinę Izery, by w końcu, przez Izerskie Bagno, Izerską Halę dotrzeć ponownie do Orla. Tym razem nie było ani jednego turysty nocującego w schronisku - mimo to zażądaliśmy stryszku. Zaoszczędzone pieniążki poszły w bufet.

---
Zejście do Szklarskiej a właściwie ledwie do Jakuszyc na Przełęcz Szklarską - to wszystko na co zdobyliśmy sie ostatniego dnia. Ale w sumie co tu innego zrobić, tym bardziej że część naszej grupy uderzyła na Szrenicę by w ciągu następnych trzech dni przejść Karkonosze aż po Przełęcz Okraj i zejść do Kowar. Ale to już nie mnie spotkało, mój czas wolny dobiegł końca i trzeba było wracać do roboty.

Więcej zdjęć w galerii na Picasie:

niedziela, 29 maja 2011

Wiosna w Rachowicach.

Kwiecień 2011.

Po długiej zimie w końcu zrobiło się ciepło i słonecznie. Już najwyższy był na to czas.
Czas także by w końcu skierować obiektyw aparatu fotograficznego na jakieś zieloności. Soczyste i jasne, poprzeplatane zółtościami kwiatów.
Tak na dobry początek.

Fotki ustrzelone w Rachowicach w czasie świąt wielkanocnych, w czasie spaceru po tamtejszej ścieżce przyrodniczej.


wtorek, 17 maja 2011

Kryzys fotograficzny.

I nie tylko fotograficzny. Ale ten najbardziej widoczny... to znaczy właściwie niewidoczny. Niewidoczny bo nic nie ma do oglądania.

Ostatnimi czasy aparat fotograficzny z całym tym przynależnym mu bałaganem służy li tylko celom zarobkowym. Ale od razu szybko i głośno zaznaczę: nie jestem fotografem ślubno-kotleciarskim!  Aparatu używam do wspomagania się w różnego rodzaju inwentaryzacjach wszelkiej maści obiektów budowlanych, które przyszło mi przeprojektowywać lub oceniać pod względem stanu technicznego.

Tak więc zamiast zielonych górskich hal na matrycy częściej uwieczniam hale fabryczne. Tak jak ta na zdjęciu: nawa nr V w Fabryce Wentylatorów "Fawent" w Chełmie Śląskim. Suwnice zasuwają po niej jak firanki, jedna za drugą. A będą jeszcze większe, o większym jeszcze udźwigu. Konstrukcja hali to zniesie. Przeliczyliśmy to.